piątek, 2 maja 2014

Dziwactwo kulinarne, część 2

Wczoraj przekonałam się po raz kolejny, że jesteśmy inni... Podczas wizyty u znajomych zaszokowaliśmy ich tym, że Magda "nie je danonków, nie pije soczków, a może chociaż je biszkopty?". Nas już chyba nic nie zaskoczy...

Gluten. Co to jest i z czym się to je nie będę nikomu tłumaczyć. Z pewnością jego obecność w diecie malucha jest kontrowersyjna. Bo z jednej strony w 4 miesiącu zalecają podać, z drugiej do 6 karmić wyłącznie piersią. I bądź tu matko mądra. My tego problemu nie mieliśmy, bo po pierwsze dietę rozszerzyliśmy wcześniej, mimo karmienia piersią, a po drugie zrezygnowaliśmy z glutenu, aż do 1 urodzin.
Tak zaleciła nasza Pani Doktor, tak zaleca wielu naukowców. A z teorii 4 miesiąca co raz więcej osób się wycofuje. Gluten wszak nic specjalnego ze sobą nie niesie. W zasadzie nawet ja sama sobie go ograniczam i jest mi z tym dobrze.
A jak to wyszło w praktyce? Pewnie, że czasem wpadła w Małe Rączki skórka od chleba, ale nic po za tym. Bez glutenu jest jaglanka, kasza gryczana, ryż, komosa, amarantus, kasza kukurydziana, więc jest w czym wybierać. Nie mają go ani warzywa, ani owoce, czy jaja. Dlatego nie stanowiło to dla nas problemu.

Praktycznie od narodzin gdzieś z boku cały czas słuchałam - "jest głodna, daj jej butlę, o jakie głodne maleństwo, dokarm ją..." Wierzyłam, że kiedy dziecko podrośnie te komentarze się skończą. W jakim byłam błędzie... Żyjemy w społeczeństwie, które (pomijając nieliczne przypadki) przekarmia swoje dzieci, podajemy całą masę przekąsek, chrupki, soki, które też stanowią posiłek i wciskamy jedzenie do oporu, albo i krok dalej. U nas w domu tego nie praktykujemy. Magda je tyle, na ile ma ochotę, nie zależnie czy jest to 3 łyżeczki, czy zupa z dokładką. Jeśli nie chce, nie je, ale nie dostaje też zamiennika (o jak często słyszę "nie chcesz zupki? A bananka?"). Zwykle wtedy uwiesza się za jakiś czas na cycu, albo ze smakiem zjada kolejny posiłek. Tego jednak nie widać od razu, a ja słyszę "zrób jej samolot leci, to zje więcej", "włączę telewizor, to może zje", "dodaj tam cukru/soli to będzie smaczniejsze"... U nas w domu jemy w kuchni, my przy stole, Madzia w swoim krzesełku. Nikt nikogo nie zabawia, by za wszelką cenę zjeść choć jeden kęs. Choć oczywiście bawimy się jedzeniem, śmiejemy, ale odmowa jest sygnałem - koniec posiłku. Nie ma namawiania, proszenia, czy szantażowania, bo i z takimi praktykami się spotkałam.
Z dzieciństwa pamiętam moją mamę uganiającą się za moją siostrą z talerzem zupy, z kromką chleba. Karmiła ją na bajkach, w oknie, w kąpieli, byle tylko przemycić jej jedzenie. Po co? Nie wiem właściwie, bo siostra była zdrowym, dobrze rozwijającym się Strusiem Pędziwiatrem. Z resztą do dziś ma figurę modelki.

Po za tym przy jedzeniu w naszym domu można się brudzić :) Madzia nie akceptuje śliniaka i nie zmuszamy jej do niego. Wybrudzi się? Trudno! Po prostu do jedzenia nie ubieramy jej w najlepsze ubranka. Szafa córki pęka w szwach, więc gdy kilka sztuk ubędzie (bo nie spiorą się plamy) wielkiego problemu nie będzie. Oczywiście do kisielu zasiada golutka, bo taki ciepły kisiel na ciałku to całkiem przyjemna sprawa. Kisiel mamy domowy, na swoim soku, z owocami, bez cukru, oczywiście :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz