wtorek, 29 kwietnia 2014

Dziwactwo pieluchowe

O pieluchach już było, ale bardziej informacyjnie, a nie subiektywnie. A ponieważ ten temat wraca do mnie niczym bumerang, będzie raz jeszcze pieluchowaniu. Dlaczego to moje "dziwactwo" ? Bo na co dzień nie używam tak popularnych pampersów... I znowu najwięcej na ten temat mają do powiedzenia ci, którzy nie mają o tym bladego pojęcia. Ile to już razy słyszałam o "babraniu się w kupie", brzydkim zapachu, ogromie pracy, itp. 

Kiedy ktoś słyszy "pielucha wielorazowa" myśli - tetra. Stara, biedna tetra, którą trzeba gotować, a potem godzinami prasować i składać. Po za tym, że jestem "dziwna" nie jestem masochistką ;) Więc tetra nie jest dla mnie, choć są mamy którym pasuje. Szkoda mi czasu na zabawę pieluchami, wolę spędzić go z córką. Na moim stosiku pieluchowym są wkłady z mikrofibry oraz otulacze. Założenie nie zabiera więcej czasu niż w przypadku jednorazówek. Mikrofibra jest super chłonna, a by Magda nie poczuła za szybko że ma mokro kładę wkładkę z polara. Polar powoduje, że wilgoć "zostaje w środku". Nie są potrzebne żadne cudy techniki, chemiczne wynalazki, żeby pupa była sucha. Ale co dalej? Jak ochronić ubranko przed zamoczeniem? Od tego jest otulacz. Uszyty na kształt pampersa, wykonany z materiału o nazwie PUL, który oddycha ale nie przepuszcza wilgoci. Zapinany na napy, wszyte ma delikatne gumki, aby wszystko trzymało się na miejscu.
Możliwości chłonne są ograniczone, to oczywiste, ale nie wyobrażam sobie trzymania dziecka w zasikanej pieluszce dłużej niż 3, 4h, nie zależnie od tego czy czuć mokre, czy nie. 

Zalety wielopieluchowania, czyli dlaczego się na nie zdecydowałam:
-ekologiczne
-ekonomiczne
-ZDROWE

O ekologii słyszałałam już wiele, że to nie prawda, bo trzeba je prać, bo detergenty, bo prąd, itp. Odpowiedź jest jedna - pokażcie mi mamę używającą jednorazówki, która nie robi prania. Właśnie tak! Wkłady piorę w normalnym praniu, razem z ubraniami, dodając Nappy Fresh, czyli środka desanityzującego, bakteriobójczego i wirusobójczego. Dzięki temu moje pieluchy nie pachną, są czyste, świeże i bezpieczne. Pampersy rozkładają się setki lat, zaśmiecają środowisko, które ma być domem dla naszych dzieci, wnuków i kolejnych pokoleń.

Ekonomia nie jest sprawą, aż tak oczywistą, bo ceny pieluch wahają się od ok. 30 zł do ponad 100 zł. Można kupić również pieluchy używane w rozsądnych cenach, ale nie każdy uznaje takie rozwiązania, bo to trochę jak używana bielizna. Ja osobiście wszystkie wkłady, czyli to co jest przy pupie, mam nowe. Otulacze mam w rozmiarach uniwersalnych, czyli od początku do końca pieluchowania, a więc niewątpliwie ekonomicznie. Ale można wybrać wersję rozmiarową, co z kolei podniesie koszty.

Myślę, że warto wspomnieć, że dzieci wielopieluchowane znacznie szybciej "przesiadają" się na nocnik, gdyż są wkłady które specjalnie dają dziecku uczucie mokrego i dyskomfort. Po skończonym pieluchowaniu swój stosik można przeznaczyć dla drugiego dziecka lub sprzedać i odzyskać część pieniążków, a dobrze utrzymane pieluchy nie tracą wiele na wartości.

I na koniec, choć ten aspekt uważam za najważniejszy - zdrowie! Pieluchy wielorazowe są naturalne, nie zawierają żadnej chemii. Jednorazówki to praktycznie cała Tablica Mendelejewa, w wielu kombinacjach, bliżej nie znanych. I o to mam największy zarzut do producentów pieluch, że nie muszą i nie podają tego co, z czym i dlaczego w jednorazówkach siedzi. Co wiadomo na pewno to bielenie chlorem, sztuczne zapachy, konserwanty. Ja nie daję zgody, by najdelikatniejsze okolice ciała mojej córeczki miały z tym wszystkim kontakt. Pieluchy wielorazowe nie uczulają, nie dają podrażnień, rzadziej wywołują odparzenia. Podczas ich stosowania nie używa się kremów, ani maści na pośladki. U chłopców nie dochodzi do tak niebezpiecznego przegrzania jąder. Wielorazówki oddychają, nawet przy mokrej pieluszce nie powstaje kompres z moczu. Są przewiewne, więc nawet w lecie pupie nie jest gorąco.

Z praktycznego punktu widzenia - jak to ogarnąć? Potrzebne jest wiaderko na pranie, gdzie zbieramy pieluchy i inne brudy. "Grubsze" sprawy spłukuję bieżącą wodą lub zrzucam do kibelka, albo, jeśli to jakiś wyjątkowy gabaryt, przed praniem wkładam do pralki na płukanie. Potem wszystko razem wkładam do pralki, żel, Nappy Fresh, 40 stopni i tyle. Do wiaderka dodaję kilka kropli olejku z drzewa herbacianego, który neutralizuje zapachy. 
I co? Trudno to ogarnąć?

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dziwactwo kosmetyczne

Nie, nie martwcie się nie należę do osób, które kąpią się w sadzawce, a zęby czyszczą korzonkami ;) Ale faktycznie kosmetyki używam z rozwagą, szczególnie jeśli chodzi o dziecko.

Zanim Madzia przyszła na świat zrobiłam sobie rozpiskę co będzie potrzebował taki maluch. Jako, że to moje pierwsze dziecko lista powstawała w oparciu o fora i strony internetowe. Lista była arcydługa - puder, maść na pośladki, krem do twarzy, balsam do ciała, oliwka, mydło, szampon, emolient do kąpieli, krem na niepogodę, octanisept do pępka, naręcze chusteczek do pupy, itd.

Oczywiście rozpoczęłam akcję zbierania próbek, bo tyle specyfików zakupić w ciemno? 

Równocześnie zaczęłam też rozmyślać, czy aby wszystko to faktycznie będzie potrzebne... Kiedy przeszłam do tematu chusteczek do pupy zmroziło mnie. Składy takie, że możnaby zakonserwować mumię na kolejne wieki. Im lepsza firma tym dłuższa litania... Co tu robić? Myślałam, myślałam i wymyśliłam! Co jest najlepsze do mycia? Woda! Zwykła, ciepła woda. Ale czym umyć? Sprawa okazała się prosta. Wyprałam dwa opakowania chusteczek jednorazowych, wysuszyłam, poskładałam do pojemniczka. Kiedy była potrzeba - woda do miseczki, kilka chusteczek i jeśli sprawa była "brudna" chusteczka szła do kosza, jeśli nie to do ponownego prania. I tak w obrocie do dziś mam ze 4 opakowania chusteczek, które krążą od prania do prania. Kiedy Madzia podrosła "brudne" sprawy myłyśmy pod bieżącą wodą. Ale chusteczki przydają się do dziś, bo nawet po siku do nocniczka odświeżam ją mokrą chusteczką. 
Kiedyś koleżanka popukała się w czoło kiedy zobaczyła jak składam moje chusteczki, wtedy powiedziałam jej żeby wzięła i umyła siebie chusteczkami tak jak to robi swojemu dziecku, a potem od razu ubrała bieliznę i najlepiej podpaskę. Ponieważ koleżanka bardzo chciała mi coś udowodnić zdobiła ten eksperyment... Dziś sama stosuje moją metodę na chusteczki jednorazowe wielorazowe ;)

Ale lista kosmetyków wciąż była długa. Kolejne co wykreśliłam to puder i oliwka. Dwa wciąż popularne kosmetyki, oba niestety mało skuteczne. Blokują pory, nie pozwalają skórze oddychać i tylko pozornie rozwiązują problemy. 
Sama oliwka, a najlepiej olejek, np. ze słodkich migdałów, z oliwek, lniany, dodane do kąpieli świetnie nawilżą, o ile nie mamy bardzo twardej wody. Przy bardzo suchej skórze można oliwkę wsmarować przed kąpielą, np. w masażu, a następnie zmyć ją w wodzie. Taka kuracja naprawdę działa.

Czy skóra maluszka potrzebuje balsamu? Nie, ponieważ ona naturalnie się łuszczy i nic tego nie powstrzyma. Więc z balsamu również zrezygnowałam. Na podobnej zasadzie nie kupiłam też kremu do twarzy.

Nie zrezygnowałam natomiast z emolientu do kąpieli. W mieszkaniu mam bardzo twardą wodę, nawet na moją skórę podczas prysznica działa drażniąco, więc co dopiero na takiego maluszka, który w tej wodzie będzie zanurzony.

Kupiłam również delikatny żel do mycia ciała i włosków. Pewien blog mi podpowiedział jaką markę wybrać, by skład był uczciwy.

Nie zabrakło również kremu ochronnego na niepogodę, a potem mocnego filtra. Mamy takie czasy, że trzeba chronić skórę dziecka przed szkodliwymi warunkami atmosferycznymi. Pamiętajcie - kupując krem na mróz sprawdźcie, czy w składzie nie ma wody, kupując filtr dla niemowlaka wybierzcie mineralny (nie wchłania się, a działa jak lusterko) faktor +50.

Kremu do pupy nie kupowałam - miałam dużo próbek, których praktycznie nie używałam. Madzia nie miała problemów z odparzeniami, ani podrażnioną skórą.

Wyznaję również starą szkołę jeśli chodzi o pielęgnację pępka. Był to spirytus (z monopolowego) rozrobiony z jałową wodą do wstrzyknięć (z apteki). Do tego gaziki i patyczki do uszu, a po kilku dniach pępek był tylko wspomnieniem. Tanio i skutecznie ;)

Do zadań specjalnych przydała się mąka ziemniaczana, kąpiel w siemieniu lnianym, świetlik do przemywania oczu. 

I taka moja maksyma jeśli chodzi o kosmetyki - mniej znaczy więcej!

piątek, 25 kwietnia 2014

Dziwactwo kulinarne, część 1

Ostatnio wiele rozmawiam z innymi mamami na tematy związane z żywieniem dzieci, wychowywaniem, itp. Niektórzy uważają mnie za "dziwną" jeśli chodzi o pewne sprawy. Postnowiłam, więc rozpocząć serię postów poswięconych "mojemu dziwactwu" ;)

Na pierwszy ogień - kuchnia... Chyba największe z moich dziwactw...

Kiedy przychodzi moment rozszerzania diety malucha niektóre mamy są przestraszone - jak to będzie, inne spokojne - jakoś to będzie. Ja byłam zdecydowanie podniecona tym faktem. Od dawna zgłębiałam wiedzę na ten temat. Zaprowadziłam sobie zeszyt z podziałem na miesiące oraz zapisywałam ciekawe przepisy. Z resztą było już na ten temat powiadziane wiele na tym blogu.
Jeszcze będąc w ciąży - latem, jesienią robiłam przetwory bez cukru - musy owocowe, kompoty, owoce w całości, wekowałam, mroziłam. Wszystko po to, by dać dziecku to co najlepsze. Czy nie można dać gotowców, w słoiku? Mógłby ktoś zapytać. Przecież są przygotowane odpowiednio do wieku dziecka, mają odpowiedni skład jakościowy i ilościowy. Odpowiem - pewnie można... Zdarza się, że czasem i ja podam taki gotowiec, kiedy nie mam możliwości ugotować sama. Jednak jest to bardzo sporadycznie. Nie mam do końca zaufania do koncernów produkujących jedzenie dla dzieci. Gotuję sama, wiem co daję dziecku, w jakiej ilości, czym doprawiam, co mu smakuje bardziej, a co mniej... Dzisiaj kiedy moje dziecko ma już skończony rok je praktycznie to samo co ja. To zasługa BLW, czyli metody Bobas Lubi Wybór. Nie w pełni stosowaliśmy tę metodę, bo i nie do końca jej założenia mi odpowiadają. Jednak elementy, które wprowadziłam powodują, że siadamy we trójkę przy stole i jemy. Córka częściowo je rączkami, częściowo łyżeczką, ale jej nie muszę karmić. A my w tym czasie jemy spokojnie swoje porcje. Co jemy? Kasze, sporo warzyw, zapiekanki, placki, itd. Czego nie jemy? Najważniejsze - nie jemy mięsa. Nie jemy też białego cukru, unikamy białej mąki, produktów wysoko przetworzonych, sztucznych słodzików. Czytam etykiety, składy produktów. Oczywiście, czasem kiedy przyjdzie smak pojawia się coś mniej zdrowego, jakieś grzeszki ;) Nie jesteśmy fanatykami, tylko zwykłymi ludźmi ;) 
Czego jeszcze u nas w kuchni nie ma? I to najbardziej dziwi innych rodziców? Gotowych kaszek dla niemowląt, za wyjątkiem kleiku ryżowego. Wybrałam ten, w którego składzie jest tylko kleik, bo uwierzcie nawet do niego producenci dosypują cukru. W takiej gotowej kaszce cukier w składzie znajduje się na drugim miejscu. Co to oznacza? W skrócie - że jest go bardzo dużo. Na kolejnych pozycjach maltodekstryna, fruktoza, glukoza, itp. Czyli znów cukry. Rekordzista, którego widziałam miał aż 6 rodzajów cukru w składzie. 
Co więc zjada na śniadanko moje dziecko? Zwykłą kaszę jaglaną. Początkowo była to kasza instant dla niemowląt (naturalna, bezsmakowa), a potem już normalna. Do kaszy dodaję musy owocowe, lub suszone owoce, a także mielone siemię lniane, które jest bardzo wartościowym źródłem kwasów tłuszczowych. Przygotowanie zabiera mi 15 minut. Dużo? Biorąc pod uwagę, że przygotowanie gotowca zabiera kilka sekund - dużo. Biorąc pod uwagę jakość mojego śniadania, ilość witamin, składników odżywczych - niedużo. Z resztą sama zjadam podobną jaglankę, wzbogaconą orzechami i pestkami. Na stole w naszym domu sporadycznie pojawia się białe pieczywo, ponieważ zwykle wypiekamy swój razowy chleb na zakwasie, który dajemy też córce. Na koniec napoje... Magda pije wodę i w zasadzie tylko wodę (nie licząc cyca). Soki jeśli pije to tylko domowe, bez cukru, w okresie słabszej odporności, np. aroniowy, winogronowy, malinowy. Woda gasi pragnienie, nie dostarcza nie potrzebnych kalorii, a owoc wolę jej dać do rączki by zjadła go samodzielnie. To również dziwi moje koleżanki, które faszerują swoje dzieci pustymi kaloriami z soku. Pamiętajmy, że nawet jeśli w składzie nie ma cukru, był on najpewniej dodany do koncentratu z którego jest zrobiony sok, więc to że producent szczyci się, że cukru nie dodał kompletnie nic nie znaczy. A my nabieramy się na ten chwyt reklamowy. Herbatki? Jedyna, którą posiadam dla Madzi to dzika róża, w okresie przeziębień i zwiększonego zapotrzebowania na witaminę C. Jest to herbatka z suszu owocowego, żadne granulki, czy gotowce. Z resztą sami pijamy tylko herbaty naturalne, w których składzie nie ma "aromatów" - trudniej je kupić, nie są tak smaczne, ale zdrowe. Przekąski? W grę wchodzą tylko świeże owoce, warzywa, wafle ryżowe i chrupki kukurydziane, ale to wszystko w ograniczeniu. Magda nie dostaje ciastek, wafelków, biszkopcików. Nawet nie przygotowuję ich sama w domu. Nie uczę dziecka podjadania i tyle... 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kulinarnie

Od tygodnia Madzia budzi się mniej więcej punktualnie o 3.30 nad ranem. Wcale nie gotowa do zabawy, bo widać że chce spać. Wcale nie głodna, bo przy cycu niemal od razu zasypia... I jak tu zrozumieć młodego człowieka? Potrafi tak męczyć się po 2 h, a potem odsypia do 9. No i znów problem ze spaniem o 11, trzeba się nakombinować żeby zasnęła. Ech, oby ten dziwny zwyczaj szybko przeszedł.

Dawno nie pisałam żadnych przepisów, więc dziś będą dwa, bardzo proste.

Kisiel owocowy, np. truskawkowy (po 4 miesiącu - zależnie od owoców)

Sok lub kompot truskawkowy (u mnie jeszcze zapasy z zeszłego roku), ok. 200ml
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Kilka truskawek (mam jeszcze mrożone)
Ewentualnie woda
Banan, miód, cukier gdyby było zbyt kwaśne.

Odlewamy 1/4 soku, zaś pozostały zagotowujemy. Jeśli tego wymaga rozcieńczamy go wcześniej wodą. Do zimnego płynu dodajemy mąkę, dokładnie mieszamy. Truskawki kroimy na takie kawałki jakie pasują naszemu dziecku. Do gotującego soku wlewamy rozprowadzoną mąkę i zagotowujemy. Na koniec dodajemy owoce. Jeśli kisiel jest zbyt kwaśny słodzę go rozgniecionym bananem, ale jeśli ktoś używa można cukrem lub miodem.

Taki kisiel z powodzeniem można zrobić już 4, 6 miesięczniakowi. Oczywiście nie z truskawek, a z jabłek. Jabłka wtedy trzemy na papkę.

Uwaga! Kisielem łatwo poparzyć malucha, więc trzeba go dokładnie ostudzić.

Ryż zapiekany (po 4/6 miesiącu)

Brązowy ryż
Słodkie jabłko
Woda
Jajko lub samo żółtko (albo wcale)
Cynamon (po 8 miesiącu)

Ryż gotujemy do miękkości w wodzie. Dodajemy do lekko przestudzonego jabłko starte na tarce, jajko (lub samo żółtko, lub pomijamy), ewentualnie cynamon. Wykładamy do naczynia do zapiekania. Pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 30min. Dla maluszka blendujemy na papkę, dodajac wody. Dla starszaka podajemy w takiej postaci.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Poświątecznie, a Świątecznie

Święta, Święta i po Świętach... Myślałam, że będę mieć więcej czasu i więcej chęci na pisanie, ale niestety nie... Pochorowaliśmy się wszyscy. Mąż przytargał chorobę z pracy, rozłożył się w środę, mała miała kryzyz z środy na czwartek, na szczęscie w piątek była już fajna. A mnie zmogło w piątek i cały czas trzyma... Łeb jak sklep, nos jak wodospad, oczy wiecznie załzawione... Więc ani sił, ani chęci nie było.

Na szczęście zanim się rozłożyłam zrealizowałam Świąteczne ozdoby.

To są ozdoby do stroików, oraz które Magda miała w swoim koszyczku do "święcenia".




A to koszyczek, który jej zrobiłam.


Stroik na stół.


sobota, 12 kwietnia 2014

Kostki Madzi - zwierzaki i wielozadaniowa

W temacie roczku zabrakło tylko jednego - prezentu! Zgodnie z własnym postanowieniem uszyłam Madzi kostki. Pierwszą ze zwierzakami, podobną już wykonałam dla Poli, ale moja córcia tak lubi zwierzaki, że nie mogłam jej tego odmówić. Druga - bardzo sensoryczna i niezwykle pasjonująca. Przetestowałyśmy to na warsztatach "Świadoma mama", kiedy to wszystkie dzieciaki podkradały Madzi kostkę, by chwilę się nią pobawić.


Kostka na każdej ścianie ma jakieś "zadanie" - odpiać lub zapiąć zamek, rzep, napy, guzik, rozwiązać sznurowadło, przesunąć koraliki.



No i pierwsze wystąpienie mojej córki w sieci i dowód na to, że kostka naprawdę wzbudza ciekawość :)


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Bilans roczniaka

Ma 12 miesięcy, 2 zęby i całą masę energii. Biega jak szalona po całym domu, wstaje bez podparcia, stojąc zaglada sobie między nogami do tyłu. Puszcza oczko, robi "papa" i klaszcze kiedy jest zadowolona. Tańczy jak tylko usłyszy muzykę. Sika na nocnik. Piszczy jak nasze koty. Pokazuje gdzie miś ma oczko, noskek. Gada po swojemu, gestykulując, modulując głosem. Pokazuje paluszkiem co chce dostać, a jak nie dostanie to płacze! Siedzi z nami przy stole i je to samo co my (zasługa BLW). Pije z otwartego kubeczka i próbuje samodzielnie jeść łyżeczką.
Waży 10,5kg i mierzy 78cm.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Roczek - relacja w skrócie

No cóż, czas leci jak szalony... I tak oto minął nam 3 kwietnia pierwszy rok! Piszę z opóźnieniem, bo był to bardzo pracowity dla mnie czas. Przyjęcie odbyło się w domu moich rodziców, bo u nas było by zdecydowanie za ciasno. Była to impreza na 16 osób z najbliższej rodziny.
Uroczystość rozpoczęliśmy Mszą Św. i małą przygodą... Do kościoła dotarliśmy chwilę przed 14, organista pięknie grał, usiedliśmy w ławkach. Nabożeństwo było tylko dla nas, więc na luzie sobie siedzieliśmy, czekając na księdza. Kwadrans później, zaczęliśmy się jednak martwić, bo proboszcza wciąż nie było. Mój Tato postanowił, że pojedzie do niego, by sprawdzić co się stało. Okazało się, że ksiądz w stroju roboczym sadzi drzewka, przekonany że wciąż ma czas - nie przestawił od tygodnia zegarka!
Po mszy zaprosiliśmy gości na obiad. Byli pod wrażeniem dekoracji którą zrobiłam w dużej mierze samodzielnie. Przy nakryciu stały karteczki z imionami, złożone i ozdobione serwetki, kwiaty w wazonie. Były balony, pompony i błyszczące spiralki. Zdjecia nie oddają tego słodkiego, dziewczęcego uroku...





Następnie były ciasta i tort, również w 100% wykonany moimi rękami :)


Dodam, że to pierwszy tort jaki wykonałam w swoim życiu.

Na koniec były sałatki, zimna płyta i trunki ;) Impreza trwała do 21.00, a sprzątanie do 24 :)

Jutro napiszę bilans roczniaka, a na dziś to tyle. Dobranoc!