środa, 23 lipca 2014

Przetwory

No i doczekałam się! Nagle moje dziwactwa przestały być "aż" tak bulwersujące, a koleżanki patrzą z zazdrością na moje dziecko, które nie interesuje się telewizją, samodzielnie pije z kubeczka, czy nie grymasi przy jedzeniu warzyw. Teraz pojawiają się pytania, jak do tego doszłam i czy jeszcze da się coś zrobić jeśli ktoś postępował inaczej... Oczywiście, że się da! Choć to bardzo trudne. Ale naprawdę zawsze można i nigdy nie jest za późno by zmienić swoje życie na lepsze.
Od czego zacząć? Hmmm, skoro mamy sezon to może od domowych przetworów? U mnie w piwnicy stoją już tegoroczne musy truskawkowe, jagody w sosie własnym, maliny, musy jabłkowe, śliwkowe, śliwkowo-jagodowe. A dla dorosłego podniebienia powidła truskwkowe, jagodowe i czekośliwka. To naprawdę nic trudnego. Warto rozjerzeć się dookoła, bo może ktoś ma na zbyciu skrzynkę owoców, albo chętnie odda owoce komuś kto sobie je zbierze. Ja właśnie w ten sposób pozyskuję produkty do przetworów. Wyjątek stanowią jagody, które kupuję u miejscowej kobiety. Część owoców mam też ze swojej działki, ale to naprawdę niewiele.
Musy dla malucha warto po krótkim gotowaniu zblendować i przetrzeć przez sito. Dzięki temu papka się napowietrzy, jest delikatna i lekka. Nie warto pozbywać się skórek, bo zwykle są najcenniejszym źródłem witamin, po za tym mają w sobie pektyny, które w naturalny sposób zagęszczają musy, czy powidła.


Jeśli przetwory wydają się mało słodkie można je dosłodzić daktylami lub np. bananami. Wzbogaci to smak, ale pamiętajmy że malucha warto przyzwyaczajać do naturalnego smaku, również kwaśnego.
Zagotowany, zblendowany, przetarty (bądź nie) mus pakuję w czyste słoiczki. W pierwszym roku wyparzałam słoiki w piekarniku, a pokrywki gotowałam. Tym razem z tego zrezygnowałam, a jedynie myję wszystko gorącą wodą. Słoiczki mam o pojemności 250ml, 220ml, 190ml, oraz mniejsze (choć te przydały mi się tylko jak Magda była malutka i zaczynała swoją przygodę z jedzeniem), kupowane nowe, jak i pozyskiwane z przecieru pomidorowego. Musy zawsze pasteryzuję w piekarniku - 140 stopni przez minimum godzinę.


W ten sposób przygotowane przetwory leżakują w piwnicy. Potem stanowią dodatek do codziennej kaszy, albo stanowią owocowy posiłek sam w sobie.


Polecam, bo sezon w pełni! I kończę, bo właśnie "pyrka" mi na gazie gar śliwek :)

piątek, 18 lipca 2014

Niewierna...

Podziwiam Mamy, które z zapałem dbają o swoje blogi niczym o własne dzieci... Ja jestem zdecydowanie niewierną blogerką, o ile w ogóle mogę o sobie tak mówić... 
Ostatni czas przyniósł wiele zmian w naszym życiu, to też i czasu zabrakło. Ale od początku - poszłam, bo nie wróciłam do pracy. W ostatniej chwili zdecydowałam się zmienić miejsce zatrudnienia. Moja wcześniejsza praca - bardzo ambitna i zdecydowanie mocno czasochłonna, nie do końca mi odpowiadała, ze względu na czekające na mnie w domu dziecko. Teraz jest całkiem spokojnie, bardzo regularnie jeśli chodzi o godziny i dużo bliżej domu. Ze zmiany jestem wobec tego zadowolona. Jedynym minusem jest to, że Pracodawca wymaga ode mnie skończenia dodatkowych studiów, więc od października "witaj studenckie życie" ;) Po za tym skończyłam szkołę, którą robiłam pod poprzedniego pracodawcę, złożyłam egzamin zawodowy i czekam na wyniki. Udało nam się nagrać Nianię w ramach programu unijnego "Powrót do zatrudnienia" i gmina nam dopłaca za opiekę nad Magdą. Koszmarna organizacja programu, ale ogólny cel naprawdę fajny. 

Jeśli chodzi o Magdę, to jestem w szoku ile takie 15 miesięczne dziecko rozumie i potrafi. Bawi się lalkami, wózkiem oraz kuchenką, którą zrobiliśmy jej z mężem (pewnie niebawem pochwalę się jej zdjęciami, bo oboje jesteśmy mega dumni). Fajnie sobie radzi z samodzielnym jedzeniem sztućcami, kubek - to już dawno nie nowość. Generalnie Magda ma wieczną gastrofazę ;) No i powoli się "zazębiamy" ;) Kilka dni temu wyszły nam dwójki górne, choć jedynek wciąż brak. Powoli to idzie, ale za to bezboleśnie!
Szczepienie MMR odwlekamy i jak na razie nikt nas nie ściga :) 

No to by było na tę chwilę wszystko, nie obiecuję, ale postaram się być bardziej wierna ;) 

piątek, 2 maja 2014

Dziwactwo kulinarne, część 2

Wczoraj przekonałam się po raz kolejny, że jesteśmy inni... Podczas wizyty u znajomych zaszokowaliśmy ich tym, że Magda "nie je danonków, nie pije soczków, a może chociaż je biszkopty?". Nas już chyba nic nie zaskoczy...

Gluten. Co to jest i z czym się to je nie będę nikomu tłumaczyć. Z pewnością jego obecność w diecie malucha jest kontrowersyjna. Bo z jednej strony w 4 miesiącu zalecają podać, z drugiej do 6 karmić wyłącznie piersią. I bądź tu matko mądra. My tego problemu nie mieliśmy, bo po pierwsze dietę rozszerzyliśmy wcześniej, mimo karmienia piersią, a po drugie zrezygnowaliśmy z glutenu, aż do 1 urodzin.
Tak zaleciła nasza Pani Doktor, tak zaleca wielu naukowców. A z teorii 4 miesiąca co raz więcej osób się wycofuje. Gluten wszak nic specjalnego ze sobą nie niesie. W zasadzie nawet ja sama sobie go ograniczam i jest mi z tym dobrze.
A jak to wyszło w praktyce? Pewnie, że czasem wpadła w Małe Rączki skórka od chleba, ale nic po za tym. Bez glutenu jest jaglanka, kasza gryczana, ryż, komosa, amarantus, kasza kukurydziana, więc jest w czym wybierać. Nie mają go ani warzywa, ani owoce, czy jaja. Dlatego nie stanowiło to dla nas problemu.

Praktycznie od narodzin gdzieś z boku cały czas słuchałam - "jest głodna, daj jej butlę, o jakie głodne maleństwo, dokarm ją..." Wierzyłam, że kiedy dziecko podrośnie te komentarze się skończą. W jakim byłam błędzie... Żyjemy w społeczeństwie, które (pomijając nieliczne przypadki) przekarmia swoje dzieci, podajemy całą masę przekąsek, chrupki, soki, które też stanowią posiłek i wciskamy jedzenie do oporu, albo i krok dalej. U nas w domu tego nie praktykujemy. Magda je tyle, na ile ma ochotę, nie zależnie czy jest to 3 łyżeczki, czy zupa z dokładką. Jeśli nie chce, nie je, ale nie dostaje też zamiennika (o jak często słyszę "nie chcesz zupki? A bananka?"). Zwykle wtedy uwiesza się za jakiś czas na cycu, albo ze smakiem zjada kolejny posiłek. Tego jednak nie widać od razu, a ja słyszę "zrób jej samolot leci, to zje więcej", "włączę telewizor, to może zje", "dodaj tam cukru/soli to będzie smaczniejsze"... U nas w domu jemy w kuchni, my przy stole, Madzia w swoim krzesełku. Nikt nikogo nie zabawia, by za wszelką cenę zjeść choć jeden kęs. Choć oczywiście bawimy się jedzeniem, śmiejemy, ale odmowa jest sygnałem - koniec posiłku. Nie ma namawiania, proszenia, czy szantażowania, bo i z takimi praktykami się spotkałam.
Z dzieciństwa pamiętam moją mamę uganiającą się za moją siostrą z talerzem zupy, z kromką chleba. Karmiła ją na bajkach, w oknie, w kąpieli, byle tylko przemycić jej jedzenie. Po co? Nie wiem właściwie, bo siostra była zdrowym, dobrze rozwijającym się Strusiem Pędziwiatrem. Z resztą do dziś ma figurę modelki.

Po za tym przy jedzeniu w naszym domu można się brudzić :) Madzia nie akceptuje śliniaka i nie zmuszamy jej do niego. Wybrudzi się? Trudno! Po prostu do jedzenia nie ubieramy jej w najlepsze ubranka. Szafa córki pęka w szwach, więc gdy kilka sztuk ubędzie (bo nie spiorą się plamy) wielkiego problemu nie będzie. Oczywiście do kisielu zasiada golutka, bo taki ciepły kisiel na ciałku to całkiem przyjemna sprawa. Kisiel mamy domowy, na swoim soku, z owocami, bez cukru, oczywiście :)


wtorek, 29 kwietnia 2014

Dziwactwo pieluchowe

O pieluchach już było, ale bardziej informacyjnie, a nie subiektywnie. A ponieważ ten temat wraca do mnie niczym bumerang, będzie raz jeszcze pieluchowaniu. Dlaczego to moje "dziwactwo" ? Bo na co dzień nie używam tak popularnych pampersów... I znowu najwięcej na ten temat mają do powiedzenia ci, którzy nie mają o tym bladego pojęcia. Ile to już razy słyszałam o "babraniu się w kupie", brzydkim zapachu, ogromie pracy, itp. 

Kiedy ktoś słyszy "pielucha wielorazowa" myśli - tetra. Stara, biedna tetra, którą trzeba gotować, a potem godzinami prasować i składać. Po za tym, że jestem "dziwna" nie jestem masochistką ;) Więc tetra nie jest dla mnie, choć są mamy którym pasuje. Szkoda mi czasu na zabawę pieluchami, wolę spędzić go z córką. Na moim stosiku pieluchowym są wkłady z mikrofibry oraz otulacze. Założenie nie zabiera więcej czasu niż w przypadku jednorazówek. Mikrofibra jest super chłonna, a by Magda nie poczuła za szybko że ma mokro kładę wkładkę z polara. Polar powoduje, że wilgoć "zostaje w środku". Nie są potrzebne żadne cudy techniki, chemiczne wynalazki, żeby pupa była sucha. Ale co dalej? Jak ochronić ubranko przed zamoczeniem? Od tego jest otulacz. Uszyty na kształt pampersa, wykonany z materiału o nazwie PUL, który oddycha ale nie przepuszcza wilgoci. Zapinany na napy, wszyte ma delikatne gumki, aby wszystko trzymało się na miejscu.
Możliwości chłonne są ograniczone, to oczywiste, ale nie wyobrażam sobie trzymania dziecka w zasikanej pieluszce dłużej niż 3, 4h, nie zależnie od tego czy czuć mokre, czy nie. 

Zalety wielopieluchowania, czyli dlaczego się na nie zdecydowałam:
-ekologiczne
-ekonomiczne
-ZDROWE

O ekologii słyszałałam już wiele, że to nie prawda, bo trzeba je prać, bo detergenty, bo prąd, itp. Odpowiedź jest jedna - pokażcie mi mamę używającą jednorazówki, która nie robi prania. Właśnie tak! Wkłady piorę w normalnym praniu, razem z ubraniami, dodając Nappy Fresh, czyli środka desanityzującego, bakteriobójczego i wirusobójczego. Dzięki temu moje pieluchy nie pachną, są czyste, świeże i bezpieczne. Pampersy rozkładają się setki lat, zaśmiecają środowisko, które ma być domem dla naszych dzieci, wnuków i kolejnych pokoleń.

Ekonomia nie jest sprawą, aż tak oczywistą, bo ceny pieluch wahają się od ok. 30 zł do ponad 100 zł. Można kupić również pieluchy używane w rozsądnych cenach, ale nie każdy uznaje takie rozwiązania, bo to trochę jak używana bielizna. Ja osobiście wszystkie wkłady, czyli to co jest przy pupie, mam nowe. Otulacze mam w rozmiarach uniwersalnych, czyli od początku do końca pieluchowania, a więc niewątpliwie ekonomicznie. Ale można wybrać wersję rozmiarową, co z kolei podniesie koszty.

Myślę, że warto wspomnieć, że dzieci wielopieluchowane znacznie szybciej "przesiadają" się na nocnik, gdyż są wkłady które specjalnie dają dziecku uczucie mokrego i dyskomfort. Po skończonym pieluchowaniu swój stosik można przeznaczyć dla drugiego dziecka lub sprzedać i odzyskać część pieniążków, a dobrze utrzymane pieluchy nie tracą wiele na wartości.

I na koniec, choć ten aspekt uważam za najważniejszy - zdrowie! Pieluchy wielorazowe są naturalne, nie zawierają żadnej chemii. Jednorazówki to praktycznie cała Tablica Mendelejewa, w wielu kombinacjach, bliżej nie znanych. I o to mam największy zarzut do producentów pieluch, że nie muszą i nie podają tego co, z czym i dlaczego w jednorazówkach siedzi. Co wiadomo na pewno to bielenie chlorem, sztuczne zapachy, konserwanty. Ja nie daję zgody, by najdelikatniejsze okolice ciała mojej córeczki miały z tym wszystkim kontakt. Pieluchy wielorazowe nie uczulają, nie dają podrażnień, rzadziej wywołują odparzenia. Podczas ich stosowania nie używa się kremów, ani maści na pośladki. U chłopców nie dochodzi do tak niebezpiecznego przegrzania jąder. Wielorazówki oddychają, nawet przy mokrej pieluszce nie powstaje kompres z moczu. Są przewiewne, więc nawet w lecie pupie nie jest gorąco.

Z praktycznego punktu widzenia - jak to ogarnąć? Potrzebne jest wiaderko na pranie, gdzie zbieramy pieluchy i inne brudy. "Grubsze" sprawy spłukuję bieżącą wodą lub zrzucam do kibelka, albo, jeśli to jakiś wyjątkowy gabaryt, przed praniem wkładam do pralki na płukanie. Potem wszystko razem wkładam do pralki, żel, Nappy Fresh, 40 stopni i tyle. Do wiaderka dodaję kilka kropli olejku z drzewa herbacianego, który neutralizuje zapachy. 
I co? Trudno to ogarnąć?

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Dziwactwo kosmetyczne

Nie, nie martwcie się nie należę do osób, które kąpią się w sadzawce, a zęby czyszczą korzonkami ;) Ale faktycznie kosmetyki używam z rozwagą, szczególnie jeśli chodzi o dziecko.

Zanim Madzia przyszła na świat zrobiłam sobie rozpiskę co będzie potrzebował taki maluch. Jako, że to moje pierwsze dziecko lista powstawała w oparciu o fora i strony internetowe. Lista była arcydługa - puder, maść na pośladki, krem do twarzy, balsam do ciała, oliwka, mydło, szampon, emolient do kąpieli, krem na niepogodę, octanisept do pępka, naręcze chusteczek do pupy, itd.

Oczywiście rozpoczęłam akcję zbierania próbek, bo tyle specyfików zakupić w ciemno? 

Równocześnie zaczęłam też rozmyślać, czy aby wszystko to faktycznie będzie potrzebne... Kiedy przeszłam do tematu chusteczek do pupy zmroziło mnie. Składy takie, że możnaby zakonserwować mumię na kolejne wieki. Im lepsza firma tym dłuższa litania... Co tu robić? Myślałam, myślałam i wymyśliłam! Co jest najlepsze do mycia? Woda! Zwykła, ciepła woda. Ale czym umyć? Sprawa okazała się prosta. Wyprałam dwa opakowania chusteczek jednorazowych, wysuszyłam, poskładałam do pojemniczka. Kiedy była potrzeba - woda do miseczki, kilka chusteczek i jeśli sprawa była "brudna" chusteczka szła do kosza, jeśli nie to do ponownego prania. I tak w obrocie do dziś mam ze 4 opakowania chusteczek, które krążą od prania do prania. Kiedy Madzia podrosła "brudne" sprawy myłyśmy pod bieżącą wodą. Ale chusteczki przydają się do dziś, bo nawet po siku do nocniczka odświeżam ją mokrą chusteczką. 
Kiedyś koleżanka popukała się w czoło kiedy zobaczyła jak składam moje chusteczki, wtedy powiedziałam jej żeby wzięła i umyła siebie chusteczkami tak jak to robi swojemu dziecku, a potem od razu ubrała bieliznę i najlepiej podpaskę. Ponieważ koleżanka bardzo chciała mi coś udowodnić zdobiła ten eksperyment... Dziś sama stosuje moją metodę na chusteczki jednorazowe wielorazowe ;)

Ale lista kosmetyków wciąż była długa. Kolejne co wykreśliłam to puder i oliwka. Dwa wciąż popularne kosmetyki, oba niestety mało skuteczne. Blokują pory, nie pozwalają skórze oddychać i tylko pozornie rozwiązują problemy. 
Sama oliwka, a najlepiej olejek, np. ze słodkich migdałów, z oliwek, lniany, dodane do kąpieli świetnie nawilżą, o ile nie mamy bardzo twardej wody. Przy bardzo suchej skórze można oliwkę wsmarować przed kąpielą, np. w masażu, a następnie zmyć ją w wodzie. Taka kuracja naprawdę działa.

Czy skóra maluszka potrzebuje balsamu? Nie, ponieważ ona naturalnie się łuszczy i nic tego nie powstrzyma. Więc z balsamu również zrezygnowałam. Na podobnej zasadzie nie kupiłam też kremu do twarzy.

Nie zrezygnowałam natomiast z emolientu do kąpieli. W mieszkaniu mam bardzo twardą wodę, nawet na moją skórę podczas prysznica działa drażniąco, więc co dopiero na takiego maluszka, który w tej wodzie będzie zanurzony.

Kupiłam również delikatny żel do mycia ciała i włosków. Pewien blog mi podpowiedział jaką markę wybrać, by skład był uczciwy.

Nie zabrakło również kremu ochronnego na niepogodę, a potem mocnego filtra. Mamy takie czasy, że trzeba chronić skórę dziecka przed szkodliwymi warunkami atmosferycznymi. Pamiętajcie - kupując krem na mróz sprawdźcie, czy w składzie nie ma wody, kupując filtr dla niemowlaka wybierzcie mineralny (nie wchłania się, a działa jak lusterko) faktor +50.

Kremu do pupy nie kupowałam - miałam dużo próbek, których praktycznie nie używałam. Madzia nie miała problemów z odparzeniami, ani podrażnioną skórą.

Wyznaję również starą szkołę jeśli chodzi o pielęgnację pępka. Był to spirytus (z monopolowego) rozrobiony z jałową wodą do wstrzyknięć (z apteki). Do tego gaziki i patyczki do uszu, a po kilku dniach pępek był tylko wspomnieniem. Tanio i skutecznie ;)

Do zadań specjalnych przydała się mąka ziemniaczana, kąpiel w siemieniu lnianym, świetlik do przemywania oczu. 

I taka moja maksyma jeśli chodzi o kosmetyki - mniej znaczy więcej!

piątek, 25 kwietnia 2014

Dziwactwo kulinarne, część 1

Ostatnio wiele rozmawiam z innymi mamami na tematy związane z żywieniem dzieci, wychowywaniem, itp. Niektórzy uważają mnie za "dziwną" jeśli chodzi o pewne sprawy. Postnowiłam, więc rozpocząć serię postów poswięconych "mojemu dziwactwu" ;)

Na pierwszy ogień - kuchnia... Chyba największe z moich dziwactw...

Kiedy przychodzi moment rozszerzania diety malucha niektóre mamy są przestraszone - jak to będzie, inne spokojne - jakoś to będzie. Ja byłam zdecydowanie podniecona tym faktem. Od dawna zgłębiałam wiedzę na ten temat. Zaprowadziłam sobie zeszyt z podziałem na miesiące oraz zapisywałam ciekawe przepisy. Z resztą było już na ten temat powiadziane wiele na tym blogu.
Jeszcze będąc w ciąży - latem, jesienią robiłam przetwory bez cukru - musy owocowe, kompoty, owoce w całości, wekowałam, mroziłam. Wszystko po to, by dać dziecku to co najlepsze. Czy nie można dać gotowców, w słoiku? Mógłby ktoś zapytać. Przecież są przygotowane odpowiednio do wieku dziecka, mają odpowiedni skład jakościowy i ilościowy. Odpowiem - pewnie można... Zdarza się, że czasem i ja podam taki gotowiec, kiedy nie mam możliwości ugotować sama. Jednak jest to bardzo sporadycznie. Nie mam do końca zaufania do koncernów produkujących jedzenie dla dzieci. Gotuję sama, wiem co daję dziecku, w jakiej ilości, czym doprawiam, co mu smakuje bardziej, a co mniej... Dzisiaj kiedy moje dziecko ma już skończony rok je praktycznie to samo co ja. To zasługa BLW, czyli metody Bobas Lubi Wybór. Nie w pełni stosowaliśmy tę metodę, bo i nie do końca jej założenia mi odpowiadają. Jednak elementy, które wprowadziłam powodują, że siadamy we trójkę przy stole i jemy. Córka częściowo je rączkami, częściowo łyżeczką, ale jej nie muszę karmić. A my w tym czasie jemy spokojnie swoje porcje. Co jemy? Kasze, sporo warzyw, zapiekanki, placki, itd. Czego nie jemy? Najważniejsze - nie jemy mięsa. Nie jemy też białego cukru, unikamy białej mąki, produktów wysoko przetworzonych, sztucznych słodzików. Czytam etykiety, składy produktów. Oczywiście, czasem kiedy przyjdzie smak pojawia się coś mniej zdrowego, jakieś grzeszki ;) Nie jesteśmy fanatykami, tylko zwykłymi ludźmi ;) 
Czego jeszcze u nas w kuchni nie ma? I to najbardziej dziwi innych rodziców? Gotowych kaszek dla niemowląt, za wyjątkiem kleiku ryżowego. Wybrałam ten, w którego składzie jest tylko kleik, bo uwierzcie nawet do niego producenci dosypują cukru. W takiej gotowej kaszce cukier w składzie znajduje się na drugim miejscu. Co to oznacza? W skrócie - że jest go bardzo dużo. Na kolejnych pozycjach maltodekstryna, fruktoza, glukoza, itp. Czyli znów cukry. Rekordzista, którego widziałam miał aż 6 rodzajów cukru w składzie. 
Co więc zjada na śniadanko moje dziecko? Zwykłą kaszę jaglaną. Początkowo była to kasza instant dla niemowląt (naturalna, bezsmakowa), a potem już normalna. Do kaszy dodaję musy owocowe, lub suszone owoce, a także mielone siemię lniane, które jest bardzo wartościowym źródłem kwasów tłuszczowych. Przygotowanie zabiera mi 15 minut. Dużo? Biorąc pod uwagę, że przygotowanie gotowca zabiera kilka sekund - dużo. Biorąc pod uwagę jakość mojego śniadania, ilość witamin, składników odżywczych - niedużo. Z resztą sama zjadam podobną jaglankę, wzbogaconą orzechami i pestkami. Na stole w naszym domu sporadycznie pojawia się białe pieczywo, ponieważ zwykle wypiekamy swój razowy chleb na zakwasie, który dajemy też córce. Na koniec napoje... Magda pije wodę i w zasadzie tylko wodę (nie licząc cyca). Soki jeśli pije to tylko domowe, bez cukru, w okresie słabszej odporności, np. aroniowy, winogronowy, malinowy. Woda gasi pragnienie, nie dostarcza nie potrzebnych kalorii, a owoc wolę jej dać do rączki by zjadła go samodzielnie. To również dziwi moje koleżanki, które faszerują swoje dzieci pustymi kaloriami z soku. Pamiętajmy, że nawet jeśli w składzie nie ma cukru, był on najpewniej dodany do koncentratu z którego jest zrobiony sok, więc to że producent szczyci się, że cukru nie dodał kompletnie nic nie znaczy. A my nabieramy się na ten chwyt reklamowy. Herbatki? Jedyna, którą posiadam dla Madzi to dzika róża, w okresie przeziębień i zwiększonego zapotrzebowania na witaminę C. Jest to herbatka z suszu owocowego, żadne granulki, czy gotowce. Z resztą sami pijamy tylko herbaty naturalne, w których składzie nie ma "aromatów" - trudniej je kupić, nie są tak smaczne, ale zdrowe. Przekąski? W grę wchodzą tylko świeże owoce, warzywa, wafle ryżowe i chrupki kukurydziane, ale to wszystko w ograniczeniu. Magda nie dostaje ciastek, wafelków, biszkopcików. Nawet nie przygotowuję ich sama w domu. Nie uczę dziecka podjadania i tyle... 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kulinarnie

Od tygodnia Madzia budzi się mniej więcej punktualnie o 3.30 nad ranem. Wcale nie gotowa do zabawy, bo widać że chce spać. Wcale nie głodna, bo przy cycu niemal od razu zasypia... I jak tu zrozumieć młodego człowieka? Potrafi tak męczyć się po 2 h, a potem odsypia do 9. No i znów problem ze spaniem o 11, trzeba się nakombinować żeby zasnęła. Ech, oby ten dziwny zwyczaj szybko przeszedł.

Dawno nie pisałam żadnych przepisów, więc dziś będą dwa, bardzo proste.

Kisiel owocowy, np. truskawkowy (po 4 miesiącu - zależnie od owoców)

Sok lub kompot truskawkowy (u mnie jeszcze zapasy z zeszłego roku), ok. 200ml
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Kilka truskawek (mam jeszcze mrożone)
Ewentualnie woda
Banan, miód, cukier gdyby było zbyt kwaśne.

Odlewamy 1/4 soku, zaś pozostały zagotowujemy. Jeśli tego wymaga rozcieńczamy go wcześniej wodą. Do zimnego płynu dodajemy mąkę, dokładnie mieszamy. Truskawki kroimy na takie kawałki jakie pasują naszemu dziecku. Do gotującego soku wlewamy rozprowadzoną mąkę i zagotowujemy. Na koniec dodajemy owoce. Jeśli kisiel jest zbyt kwaśny słodzę go rozgniecionym bananem, ale jeśli ktoś używa można cukrem lub miodem.

Taki kisiel z powodzeniem można zrobić już 4, 6 miesięczniakowi. Oczywiście nie z truskawek, a z jabłek. Jabłka wtedy trzemy na papkę.

Uwaga! Kisielem łatwo poparzyć malucha, więc trzeba go dokładnie ostudzić.

Ryż zapiekany (po 4/6 miesiącu)

Brązowy ryż
Słodkie jabłko
Woda
Jajko lub samo żółtko (albo wcale)
Cynamon (po 8 miesiącu)

Ryż gotujemy do miękkości w wodzie. Dodajemy do lekko przestudzonego jabłko starte na tarce, jajko (lub samo żółtko, lub pomijamy), ewentualnie cynamon. Wykładamy do naczynia do zapiekania. Pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 30min. Dla maluszka blendujemy na papkę, dodajac wody. Dla starszaka podajemy w takiej postaci.