czwartek, 3 października 2013

Pół roku...

Jak ten czas leci... Dziś moja córka skończyła pół roku. Dokładnie 6 miesięcy temu o tej godzinie przyniesiono mi malutkie zawiniątko bym mogła, jeszcze na sali porodowej przystawić swoją kruszynkę do piersi. A teraz ta kruszynka chicha się w głos, buntuje kiedy coś jej nie pasuje, śpiewa, krzyczy, chce oglądać telewizor i bawić się komórką, "rozmawia" przez Skypa z babcią i zaczyna już męczyć koty.
Czy przy tej okazji chce wspominać poród? Właściwie tak, bo był naprawdę dobry. Bolało, zwłaszcza plecy, trwało długo, ale razem z mężem było łatwiej, wyjątkowo. Mówi się, że dzieci które przychodzą na świat w domu nie płaczą, bo atmosfera panująca jest spokojna. Moja córka, mimo że rodziła się w szpitalu, również nie płakała, po pierwszym oddechu i krzyku uspokoiła się, z ciekawością otwierając buzię. Nawet mnie to zmartwiło, bo przecież "powinno" płakać, ale położna mnie uspokoiła, że wszystko jest dobrze i nie musi, skoro jej dobrze.
Przy porodzie zdecydowaliśmy się na zebranie krwi pępowinowej, oby nigdy się nie przydała, ale oboje z mężem czuliśmy potrzebę, żeby ją mieć. Żeby nigdy nie móc sobie zarzucić, że mogliśmy to zrobić, a nie zrobiliśmy.
Pół roku... Za ścianą mąż usypia, a w zasadzie asystuje zasypiającej Malutkiej, a ja po całym dniu z nią spędzonym relaksuję się. Fajne uczucie być mamą na cały etat, i fajnie móc wieczorem oddać tą rolę komuś innemu. Mój kuzyn, zanim poznał żonę, zwracał się do mamy per "najważniejsza kobieto świata". Chciałabym kiedyś zasłużyć na takie słowa...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz