Prawie równo rok temu (25.08.2012) na ekranie monitora usg zobaczyłam po raz pierwszy moją córeczkę. Była wielkości główki od szpilki, ale emocje które mi towarzyszyły osiągnęły szczyt. Tak nie czułam się jeszcze nigdy dotąd.
Zaraz po pracy, prawie biegiem udałam się do lekarza. Znalezienie terminu w sezonie urlopowym praktycznie z dnia na dzień graniczyło z cudem, a jednak się udało. Test i badanie krwi robiłam zaledwie dwa dni wcześniej. Wiedziałam, że usg może jeszcze nic nie pokazać, ale musiałam sprawdzić, musiałam mieć pewność. Do gabinetu dobiegłam na długo przed ustaloną godziną, dobrze, miałam szansę ochłonąć, uspokoić serce. Doktor był nieco zdziwiony kiedy usłyszał o jakiej "ciąży" mówię, więc pokazałam badanie krwi. Chyba zobaczył determinację w moich oczach, ocenił badanie i zaprosił na usg. Wysoko przed sobą miałam monitor, mrużyłam oczy żeby cokolwiek dojrzeć. Doktor oglądał, zaznaczał, zapisywał. Od wpatrywania się w ekran oczy zaszły mi łzami. W końcu zatrzymał obraz, na szarym tle wypatrzyłam czarny punkcik, kropeczkę, "Widać jajo płodowe". Jakie jajo płodowe, doktorze to moje dziecko?! Ale jest za wcześnie by dojrzeć coś więcej... Jedna łza spłynęła mi po policzku. No tak, spodziewałam się tego, jednak gdzieś wewnątrz czułam, że to ja mam rację - to moje dziecko. Prosto z gabinetu poszłam do kościoła, chciałam się pomodlić, w ciszy poukładać sobie wszystko w głowie... Z jednej strony czułam ogromną radość, z drugiej zastanawiałam się czy to nie za wcześnie? Wyszłam z przekonaniem, że nigdy nie jest za wcześnie, że zawsze się może coś wydarzyć, więc nie warto marnować chwil, bo one już nie wrócą. Podbudowana tą myślą kupiłam skarpetki niemowlęce, by oznajmić nowinę najbliższym.
Rodzice nie posiadali się ze szczęścia, otworzyli szampana i zaczęli snuć plany, marzenia... To były cudowne chwile.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz