Odkąd moja córka skończyła 4 miesiące zaczęłam rozszerzać jej dietę, mimo że karmię piersią. Zdecydowałyśmy się na ten krok z kilku względów - gotowość do jedzenia, szybki rozwój intelektualny i fizyczny, problemy z kupami i laktacją. Każdy z tych tematów zapewne rozwinę, natomiast w tym miejscu chciałabym się skupić na kulinarnych doznaniach mojej córki.
05.08.2013 - Marchew
Ku naszemu zaskoczeniu obyło się bez plucia, większego krzywienia. Marchew zaprawiłam mlekiem modyfikowanym, którym dokarmiam małą. Zdecydowanie smakowało! Przygotowania z naszej strony okazały się nie potrzebne - zwinęliśmy dywan, dziecko rozebraliśmy do golasa, a leżaczek zabezpieczyliśmy podkładem.
09.08.2013 - Ziemniak
Trafiła mi się kleista odmiana, więc miałam problem z przygotowaniem. Po przetarciu zrobiła się z niego kluska. Również posmakowało.
10.08.2013 - Cukinia
Jak na razie to warzywny faworyt. Warzywa gotuję krótko w małej ilości wody w garnku z grubym dnem. Potem warzywa dochodzą w parze.
12.08.2013 - Brokuł
Po pierwszej łyżeczce skrzywiła się, ale chętnie spróbowała po raz drugi, trzeci. Kolejne zetknięcie ze smakiem było już całkiem pozytywne.
17.08.2013 - Jabłko
Mus z gotowanych papierówek w pierwszym kontakcie nie zasmakował, pewnie ze względu na kwaśny smak. Jednak przekonała się do niego po kolejnych łyżeczkach. Pod koniec pomagała sobie nawet palcami.
18.08.2013 - Morele
Mus z gotowanych moreli. Mus wyszedł mi kwaśny i cierpki i o dziwo został zaakceptowany.
19.08.2013 - Awokado
W naszych rodzimych publikacjach awokado wprowadza się w późniejszym czasie, jednak po lekturze brytyjskiej książki o karmieniu małych dzieci postanowiłam wprowadzić je wcześniej. Dlaczego? Ze względu na drogocenne nienasycone kwasy tłuszczowe, kwas foliowy, przeszło 20 witamin, w tym witaminę C. Moje dziecko okazało się fanem tego specyficznego smaku.
20.08.2013 - Banan
Pierwsze łyżeczki smakowały, jednak słodki smak szybko się znudził.
21.08.2013 - Suszone śliwki
Przyszła pora na podregulowanie jakości kupy. Smak śliwek nie oszołomił, ale zjadła ze smakiem.
23.08.2013 - Świeże jabłko, banan
To połączenie okazało się świetnym pomysłem, dzięki temu banan nie był tak słodki.
24.08.2013 Świeże jabłko, marchew
Jabłko było winne, a marchew niezbyt słodka, więc stanowiło to raczej danie obiadowe, nie deser.
25.08.2013 - Dynia
Podobnie jak cukinia, delikatna dynia podpasowała smakiem.
26.08.2013 Dynia, jabłko
Jabłko ugotowałam do miękkości razem z dynią. Danie wyszło dość winne, ale delikatne w smaku.
28.08.2013 - Puree z zielonego groszku
Moje dziecko zaskakuje mnie jeśli chodzi o poznawanie smaków. Wszystko jej smakuje.
29.08.2013 - Ziemniaczek z cukinią
Połączenie tak smaczne, że na jeden raz zostały zjedzone dwie porcje.
30.08.2013 - Śliwki węgierki
Podane przez siateczkę do podawania pokarmów pojawiły się dość nieoczekiwanie w jadłospisie.
31.08.2013 - Ziemniak, dynia
Podawał tatuś, więc było więcej zabawy niż jedzenia, ale porcja zaliczona.
03.09.2013 - Kalafior
Obyło się bez niespodzianek, kalafior smakuje lepiej niż brokuł.
środa, 5 lutego 2014
Tipi
Chodzi za mną żeby uszyć córce tipi. Choć myślę, że jeszcze go niedoceni. Jednak w późniejszym terminie, kiedy wróce do pracy może mi zwyczajne zabraknąć czasu. Szperam, więc po sieci w poszukiwaniu tutoriali i tanich materiałów. Gdyby ktoś o takowych słyszał, będę wdzięczna za informację. Dlatego dziś krótko, bo dziecko zaraz wstanie z dżemki, a ja mam misję.
Dodatkowo podzielę się z Wami niedawno odkrytym przepisem dla mojej córki, dzięki któremu na nowo polubiła żółtko.
Omlet na słodko*
2 żółtka
2 łyżki wody źródlanej
Pół jabłka
Dobry olej do smażenia
Jabłko kroimy w drobne kawałki i podsmażamy na maleńkiej patelni, na niewielkiej ilości oleju. Żółtka rozbijamy z wodą. Kiedy jabłka zmiękną, wylewamy na patelnię żółtka, smażymy z obu stron. Kroimy na paski, studzimy i podajemy do samodzielnej konsumpcji.
*przepis pochodzi z książki "Najlepsze na świecie domowe jedzenie dla dzieci"
Dodatkowo podzielę się z Wami niedawno odkrytym przepisem dla mojej córki, dzięki któremu na nowo polubiła żółtko.
Omlet na słodko*
2 żółtka
2 łyżki wody źródlanej
Pół jabłka
Dobry olej do smażenia
Jabłko kroimy w drobne kawałki i podsmażamy na maleńkiej patelni, na niewielkiej ilości oleju. Żółtka rozbijamy z wodą. Kiedy jabłka zmiękną, wylewamy na patelnię żółtka, smażymy z obu stron. Kroimy na paski, studzimy i podajemy do samodzielnej konsumpcji.
*przepis pochodzi z książki "Najlepsze na świecie domowe jedzenie dla dzieci"
poniedziałek, 3 lutego 2014
Po dłuuugiej przerwie - 10 miesięcy za nami
W życiu codziennym mam podobnie... Porywam się na wielkie czyny, a potem przytłacza mnie czas, proza życia, kolejne cele i nie udaje się osiągnąć poprzednich. Toteż blog podupadł dość mocno... Z jesieni zrobiła się zima, z półroczniaka - 10-cio miesięczniak. Wtedy niemowlak ledwo siedzący, dziś raczkujący z prędkością światła, biegający przy meblach szkrab. Psoci za dwóch, bałagani, a ja mieszkam na placu zabaw.
Minęły pierwsze Święta, pierwsza choinka, prezenty, a wcześniej Mikołaj. Śnieg nas nie zaszczycił jeszcze w takiej ilości by wybrać się na sanki, ale czekamy. I wierzymy, że spadnie i u nas.
Spacerów nie odmawiamy sobie i jesteśmy jedynymi spacerowiczami. Mamy z wózkami czekają na wiosnę. A my się dotleniamy, hartujemy.
Ja "zachorowałam" na maszynę do szycia... Kupiłam i szyję zabawki dla dziecka - kostki edukacyjne, przytulaki, a ostatnio filcowe warzywa magnesy na lodówkę, które cieszą nie tylko Małą, ale i koty - kto pierwszy ten lepszy. I to jak się domyślacie kradnie mój czas... Kradnie go znowu kosztem bloga. Ale koniec z tłumaczeniem się i czas się zabrać do roboty :)
10 miesięcy, 10kg, 76cm. Szybka, precyzyjna, stała się postrachem kotów. Stoi bez trzymanki, chodzi za pchaczem. Zębów brak ;)
Minęły pierwsze Święta, pierwsza choinka, prezenty, a wcześniej Mikołaj. Śnieg nas nie zaszczycił jeszcze w takiej ilości by wybrać się na sanki, ale czekamy. I wierzymy, że spadnie i u nas.
Spacerów nie odmawiamy sobie i jesteśmy jedynymi spacerowiczami. Mamy z wózkami czekają na wiosnę. A my się dotleniamy, hartujemy.
Ja "zachorowałam" na maszynę do szycia... Kupiłam i szyję zabawki dla dziecka - kostki edukacyjne, przytulaki, a ostatnio filcowe warzywa magnesy na lodówkę, które cieszą nie tylko Małą, ale i koty - kto pierwszy ten lepszy. I to jak się domyślacie kradnie mój czas... Kradnie go znowu kosztem bloga. Ale koniec z tłumaczeniem się i czas się zabrać do roboty :)
10 miesięcy, 10kg, 76cm. Szybka, precyzyjna, stała się postrachem kotów. Stoi bez trzymanki, chodzi za pchaczem. Zębów brak ;)
poniedziałek, 21 października 2013
Jesień
Jesień zadomowiła się u nas na dobre. Ale trzeba jej przyznać jest piękna. Drzewa nabrały kolorów, aż miło popatrzeć. Parki opustoszały, co raz mniej ludzi chodzi na spacery, ale to dobrze, jest cicho, spokojnie i ławkę można wybrać. W taką pogodę, aż nie chce się siedzieć w domu, więc uzbrojone w koc i ciepły polar chodzimy, cieszymy się naszym czasem. Dlatego mniej mnie tutaj, w sieci...
Nie gniewajcie się :-)
Nie wiem, czy też tak macie, że w każdą porę roku co innego chce się jeść, co innego smakuje. Ja tak mam. Jesień to dla mnie pora cynamonu, jabłek, gruszek, sycących gęstych zup, gulaszy. Na śniadanie jaglanka z patelni z dużą ilością obłędnie soczystych jabłek, gruszek, suszoną żurawiną, brązowym cukrem i cynamonem. Wystarczy, że o tym pomyślę to robi mi się cieplej na duszy. Rozgrzewające śniadanie kiedy za oknem jeszcze nie opadły mgły i leniwie zaczyna się dzień - nie ma nic przyjemniejszego. A na obiad? Zupa krem z dyni, z czosnkiem, imbirem i pajdą chleba. Czy trzeba czegoś więcej? Do jesiennej kolacji pojawia się już herbatka, najlepiej z cytryną, osłodzona miodem. Lubię jesień...
Nie gniewajcie się :-)
Nie wiem, czy też tak macie, że w każdą porę roku co innego chce się jeść, co innego smakuje. Ja tak mam. Jesień to dla mnie pora cynamonu, jabłek, gruszek, sycących gęstych zup, gulaszy. Na śniadanie jaglanka z patelni z dużą ilością obłędnie soczystych jabłek, gruszek, suszoną żurawiną, brązowym cukrem i cynamonem. Wystarczy, że o tym pomyślę to robi mi się cieplej na duszy. Rozgrzewające śniadanie kiedy za oknem jeszcze nie opadły mgły i leniwie zaczyna się dzień - nie ma nic przyjemniejszego. A na obiad? Zupa krem z dyni, z czosnkiem, imbirem i pajdą chleba. Czy trzeba czegoś więcej? Do jesiennej kolacji pojawia się już herbatka, najlepiej z cytryną, osłodzona miodem. Lubię jesień...
wtorek, 15 października 2013
Smoczek
Zawsze wiedziałam, że ludzie lubią wtykać nos w nie swoje sprawy, ale od czasu kiedy mam dziecko problem ten dotyka mnie ze zdwojoną siłą. Rozumiem, że budowanie cudzej rzeczywistości jest łatwiejsze niż swojej, tylko weźmy pod uwagę, że może to nie być mile widziane. Kilka dni temu ciesząc się piękną jesienną pogodą siedziałam z Małą na ławce. Mijając nas, kobieta która mieszka na naszym osiedlu, zajrzała do wózka. Znamy się tylko z widzenia, mówimy "dzień dobry", a ona wyskakuje do mojego dziecka "Smoczek? Fuj, wyrzuć go, niech Ci go mama nie wciska". I już do mnie "niech pani nie daje smoczka, to nic dobrego, koniecznie musi pani oduczyć ją..." tu pojawiła się historia jej wnuczki, kilka ostrzeżeń, pokiwała mi palcem i poszła, zostawiając mnie osłupiałą ze zdziwienia. Odruch ssania mojego dziecka jest tak silny, że we wczesnym niemowlęctwie podejrzewano ją o wzmożone napięcie mięśniowe, bo nie potrafiła się zaspokoić. Byłam przeciwna smoczkwi, ale kiedy podałam jej do buzi i zobaczyłam jak moje dziecko się rozpływa, rozluźnia i uspokaja, przekonałam się, że nie warto spełniać własnych ambicji kosztem dziecka. Smok nie służy do zatykania dziecka, zawsze próbujemy innych metod uspokajania, wyciszenia. Zwykle są skuteczne. Teraz kiedy jest starsza i potrzebuje sama po niego sięga. Ponieważ moje dziecko samodzielnie zasypia w swoim łóżeczku smoczek pomaga jej się wyciszyć i usnąć. No i ostatni argument, którego użyła nasza pediatra. Dziecko musi ssać, jak nie smoczek będzie ciągnęła palec, a kiedy powiecie sobie dość, zabierzecie smoczek i po sprawie. Jeśli zdecydujecie się na palec nie będzie to już takie łatwe... Wybraliśmy smoka. Traktujemy go trochę jak biżuterię, dodatek do ubrania. Mamy różne kolory i wzory, w ramach jednej firmy oczywiście.
Nie rozumiem dlaczego mam oduczać 6-o miesięczne dziecko ssania, które jest dla niego jeszcze cały czas najbardziej oczywistą czynnością.
Nie rozumiem dlaczego mam oduczać 6-o miesięczne dziecko ssania, które jest dla niego jeszcze cały czas najbardziej oczywistą czynnością.
poniedziałek, 7 października 2013
Koty
Jestem szczęśliwą (choć nie zawsze) posiadaczką dwóch kotów, posiadaczką a nie właścicielką. Dlaczego nie właścicielką? Ano dlatego, że kot nie podlega regułom takim jak np. pies. Nie można go sobie podporządkować. Tresura jest trudna, choć nie niemożliwa. Przychodzi kiedy ma kaprys, kiedy ma humor można go głaskać, tulić, a kiedy nie, próba może się skończyć zadrapaniem. Dobrze mieć jednego kota, ale jeszcze lepiej dwa. Zajmują się sobą, kiedy my nie mamy czasu. Szaleją, biegają i wszędzie ich pełno. Jednak najbardziej wszystkich ciekawią relacje dziecka z kotami. Z resztą my sami zastanawialiśmy się jak to będzie. Początkowo kocur był bardzo na dystans, a kotka wykazywała instynkt opiekuńczy. Ogólnie kocica jest mądrzejsza, obserwuje wnikliwie i wyciąga wnioski. Kot jak to facet, nie przewiduje, ważne jest tu i teraz. Kiedy przychodzą do nas dzieci, kocica się chowa bo wie, że nic dobrego z tego nie będzie. Kocur zaś ufnie się bawi, aż zostanie złapany za futro, czy pociągnięty za ogon. Długo jednak się nie ukrywa, bo chęć zabawy jest większa. Podobnie jest teraz z podejściem do mojej córki, która bez wyczucia chwyta za futro, ogon. Kotka, więc trzyma się z daleka, a kot podchodzi i daje się złapać, tarmosić. Muszę przyznać, że znosi to zdumiewająco dobrze. Czasem się zastanawiam, czy on się nie zakochał w Malutkiej, bo kiedy śpi to kładzie jej się w nogach, liże ją po uszach, włoskach. A ona próbuje wsadzić sobie do buzi ogon, czy łapę.
Oczywiście czasem mnie wkurzają, bo tak szaleją, że tratują wszystko na swojej drodze, nie zwracając na nic uwagi, hałasują, zrywają zasłony z żabek, zrzucają poduszki, przewracają buty. Jednak o dziwo jeszcze nigdy nie obudziły dziecka. Ale kiedy po południu leniuchujemy we trójkę, a koty z nami, jest naprawdę przyjemnie.
Oczywiście czasem mnie wkurzają, bo tak szaleją, że tratują wszystko na swojej drodze, nie zwracając na nic uwagi, hałasują, zrywają zasłony z żabek, zrzucają poduszki, przewracają buty. Jednak o dziwo jeszcze nigdy nie obudziły dziecka. Ale kiedy po południu leniuchujemy we trójkę, a koty z nami, jest naprawdę przyjemnie.
czwartek, 3 października 2013
Pół roku...
Jak ten czas leci... Dziś moja córka skończyła pół roku. Dokładnie 6 miesięcy temu o tej godzinie przyniesiono mi malutkie zawiniątko bym mogła, jeszcze na sali porodowej przystawić swoją kruszynkę do piersi. A teraz ta kruszynka chicha się w głos, buntuje kiedy coś jej nie pasuje, śpiewa, krzyczy, chce oglądać telewizor i bawić się komórką, "rozmawia" przez Skypa z babcią i zaczyna już męczyć koty.
Czy przy tej okazji chce wspominać poród? Właściwie tak, bo był naprawdę dobry. Bolało, zwłaszcza plecy, trwało długo, ale razem z mężem było łatwiej, wyjątkowo. Mówi się, że dzieci które przychodzą na świat w domu nie płaczą, bo atmosfera panująca jest spokojna. Moja córka, mimo że rodziła się w szpitalu, również nie płakała, po pierwszym oddechu i krzyku uspokoiła się, z ciekawością otwierając buzię. Nawet mnie to zmartwiło, bo przecież "powinno" płakać, ale położna mnie uspokoiła, że wszystko jest dobrze i nie musi, skoro jej dobrze.
Przy porodzie zdecydowaliśmy się na zebranie krwi pępowinowej, oby nigdy się nie przydała, ale oboje z mężem czuliśmy potrzebę, żeby ją mieć. Żeby nigdy nie móc sobie zarzucić, że mogliśmy to zrobić, a nie zrobiliśmy.
Pół roku... Za ścianą mąż usypia, a w zasadzie asystuje zasypiającej Malutkiej, a ja po całym dniu z nią spędzonym relaksuję się. Fajne uczucie być mamą na cały etat, i fajnie móc wieczorem oddać tą rolę komuś innemu. Mój kuzyn, zanim poznał żonę, zwracał się do mamy per "najważniejsza kobieto świata". Chciałabym kiedyś zasłużyć na takie słowa...
Czy przy tej okazji chce wspominać poród? Właściwie tak, bo był naprawdę dobry. Bolało, zwłaszcza plecy, trwało długo, ale razem z mężem było łatwiej, wyjątkowo. Mówi się, że dzieci które przychodzą na świat w domu nie płaczą, bo atmosfera panująca jest spokojna. Moja córka, mimo że rodziła się w szpitalu, również nie płakała, po pierwszym oddechu i krzyku uspokoiła się, z ciekawością otwierając buzię. Nawet mnie to zmartwiło, bo przecież "powinno" płakać, ale położna mnie uspokoiła, że wszystko jest dobrze i nie musi, skoro jej dobrze.
Przy porodzie zdecydowaliśmy się na zebranie krwi pępowinowej, oby nigdy się nie przydała, ale oboje z mężem czuliśmy potrzebę, żeby ją mieć. Żeby nigdy nie móc sobie zarzucić, że mogliśmy to zrobić, a nie zrobiliśmy.
Pół roku... Za ścianą mąż usypia, a w zasadzie asystuje zasypiającej Malutkiej, a ja po całym dniu z nią spędzonym relaksuję się. Fajne uczucie być mamą na cały etat, i fajnie móc wieczorem oddać tą rolę komuś innemu. Mój kuzyn, zanim poznał żonę, zwracał się do mamy per "najważniejsza kobieto świata". Chciałabym kiedyś zasłużyć na takie słowa...
Subskrybuj:
Posty (Atom)