poniedziałek, 30 września 2013

Wielorazowo plus przewodnik

Jakby Naszej niekonwencjonalności było mało dorzucę coś jeszcze. Coś co budzi zaskoczenie, czasem politowanie w oczach innych mam. Mianowicie pieluchy wielorazowe. Dlaczego wielo? Odpowiedź dla mnie oczywista - bo zdrowsze, bo ekologiczne, bo tańsze. 
Zdrowsze? Pieluszki wielorazowe nowej generacji to nie tylko zwykła tetra, choć i ta jest w użyciu. Szyte są z materiałów dobrej jakości, oddychają, przepuszczają powietrze, ale nie wypuszczają wilgoci. Jeśli zakładam bawełnę to wiem, że to bawełna, jeśli bambus to bambus, a mikrofibra to mikrofibra. Zaś jednorazówka? Co to jest jednorazówka? Z czego jest zrobiona? Co powoduje, że dziecko może tam sikać 12 godzin i nic nie wycieka? Magia? Tak, ale chyba czarna... Nikt tak naprawdę nie wie, po za producentami co tam właściwie siedzi. A sądząc po zapachu owych pieluch siedzi tam wiele i mocno chemicznie. Moje dziecko praktycznie nie zna kremu na odparzenia, obca nam jest czerwona pupa, za wyjątkiem tych sytuacji, w których zmuszeni jesteśmy stosować jednorazówki (np.wakacje).
Kiedyś usłyszałam, że co to za ekologia skoro pieluchy trzeba prać? No owszem, ale piorę je razem z ciuszkami, których moje dziecko "brudzi" sporo. To obślini, a to parsknie marchewką, no i stosik rośnie. Piorę wszystko razem, dodając jedynie łyżeczkę środka dezynfekującego do mojego proszku, którego daję połowę dozy. A w śmietniku nie ląduje góra jednorazówek, które degradują 200 lat.
I ostatni aspekt, są tanie. Biorąc pod uwagę, że wystarczają na cały okres pieluchowania, a potem dla kolejnego dziecka faktycznie się opłaca.

A teraz przewodnik po pieluchach dla żółtodziobów ;-)

Kieszonka - ma kształt jednorazówki, jest w pełni nieprzemakalna, zapina się na napy lub rzepy. Wymaga wkładów, które wkłada się do środka. Wkład to prostokąt np. z mikrofibry, bambusa, tetry, czy ręcznik. Tkanina, z której zrobiona jest kieszonka to najczęściej tzw. PUL, czyli rodzaj materiału, który nie przepuszcza wilgoci, ale oddycha. Od strony pupy najczęściej jest polarek, dzięki któremu dziecko nie czuje wilgoci. Minus tej pieluszki jest taki, że po zasikaniu trzeba zmienić całość, czyli wkład i kieszonkę. Plus to rozmaita kolorystyka i wzory, np. tzw. minkee. Są po prostu śliczne ;-)

Otulacz - ma kształt jednorazówki lub majteczek, jest w pełni nieprzemakalny, zapinany na rzep lub napy. Jego zadaniem jest przytrzymanie wkładów, tetry, czy innych pieluszek przemakalnych. Jego plusem jest to, że najczęściej można go użyć kilka razy, bo po zasikaniu wymieniamy tylko zawartość, czyli np. wkładkę z mikrofibry, czy złożoną tetrę. Jest cienki, ale sam nie jest pieluszką.

Pieluszka formowana, tzw. formowanka - ma kształt pampersa, jest przemakalna, zapinana głównie na rzepy. Ta pieluszka charakteryzuje się dużą chłonnością. Może być z bawełny, bambusa, frotki. Aby nie zamoczyć ubranka na formowankę zakłada się otulacz. Całość jest dość gruba, ale znów wymieniamy tylko formowankę, a otulacz zostaje do nowej pieluszki. 


AIO - all in one, czyli wszystko w jednym. To pieluszka typu kieszonka, ale wkład ma wszyty na stałe. Plusem jest to, że nie wymaga już nic dodatkowego i jest gotowa do użycia. Minus - długo schnie.

SIO - to otulacz do którego napami wpina się wkłady.

Wkładka, czy wkład to prostokątny materiał o dużej chłonności, np. bambus, mikrofibra, węglowy, tetra, ręcznik.

Wkład "sucha pupa" to cieniutki prostokątny wkład, który minimalizuje uczucie wilgoci. Zrobiony np. z polara. Kładzie się go na wkładzie od strony pupy. 

Przy dużej ilości kieszonek, są one wygodne, gdyż można sobie naszykować je wcześniej i zakładać/wymieniać jak jednorazówkę. Minus jest taki, że mamy więcej do prania i więcej ich potrzeba, bo całość idzie do wymiany. Jednak kieszonki można też używać jak otulacz, czyli wkładki położyć na wierzchu - przy pupie i wtedy nie trzeba wymieniać całości. 

Jeśli chodzi o rozmiar najlepiej wybrać uniwersalne, mają one kilka rzędów zapięć, które zmniejszają pieluszkę. Wystarczają na cały okres pieluchowania.


Temat pieluch to rzeka, można dużo i długo, ale zawsze warto.

piątek, 27 września 2013

Po przerwie...

No i cóż, proza życia wzięła górę nad osobistą potrzebą wygadania, czy raczej wypisania. Sezon winogronowy w pełni, więc trzeba było się za niego zabrać. Do tego zaczęłam szkołę. Śmieszno i straszno za razem się zrobiło kiedy koleżanki z klasy mówią mi per Pani... No, ale papier się przyda i szef łaskawszym okiem spojrzy kiedy po 8 miesiącach zwolnienia i roku urlopu wrócę na stanowisko.
Wieczorną atrakcją stało się zaś, zamiast błogiego blogowania, odciąganie mleka. Cudów nie ma, ale udaje mi się coś niecoś zamrozić na czas szkoły.
Wracając do przetworów, to piwnica pęka w szwach od malutkich słoiczków pełnych jagód, malin, jabłek, moreli, brzoskwiń, truskawek, śliwek. Cała półka też należy do soków winogronowych, których chętnie bym jeszcze zrobiła, ale pewnie czasu zabraknie.
Przeszło tydzień temu obchodziliśmy rocznicę ślubu, czwartą, choć mi się cały czas zdawało, że trzecią. Tego też dnia przeprowadziliśmy Córkę do jej pokoju i łóżeczka. Jednak kołyska była już za mała i nie spało jej się najwygodniej. Oczywiście kto przeżył ten fakt najbardziej? No jasne, że ja :-)

poniedziałek, 16 września 2013

Testujemy Mleczko do prania Lovela

Saszetkę mleczka do prania białego Lovela otrzymałam po napisaniu prośby drogą mailową. Na stronie internetowej jest formularz zgłoszeniowy, ale od blisko roku nie działa, więc trzeba się zgłaszać osobiście. Niestety polityka firmy jest dość dziwna i zależnie na jakiego konsultanta się trafi albo próbkę się dostanie, albo nie.
Mnie się udało.
Saszetka wystarcza na jedną pełną pralkę. Postanowiłam wyprać w mleczku kocyki oraz śpiworki dla dziecka. Pranie nastawiłam na 40 stopni z dodatkowym płukaniem. Mleczko średnio gęste o przyjemnym, intensywnym zapachu. Niestety po praniu zapach stał się mdły i nieprzyjemny, utrzymuje się dość długo. Po za zapachem nie odpowiadało mi również pranie w dotyku. Było niby miękkie, ale jakby lepkie, trzeszczące. Tak zachowuje się pranie kiedy zostaje na nim chemia, kiedy jest niewystarczająco wypłukane. To dziwne, bo jakoś inne środki nie zostają mi na praniu, przy takim samym cyklu. Dziwne i niedopuszczalne kiedy chodzi o pranie dla dziecka. Ponieważ byłam w posiadaniu dwóch takich saszetek (drugą otrzymałam w szkole rodzenia), powtórzyłam test. Niestety znów to samo - okropny mocny zapach i nieprzyjemne w dotyku ubranka, dodatkowo mleczko nie poradziło sobie z plamami z kupki, co przy niemowlaku jest nie do zaakceptowania.
Osobiście nie odpowiada mi mleczko do prania Lovela. Rozczarowało mnie pod każdym względem, nie kupiłabym go.

Nosimy

W poprzednim poście wspominałam, że nosimy córę w chuście. To naprawdę świetna sprawa i alternatywa dla wózka. Przydaje się zawsze tam gdzie koła nie pojadą, albo po prostu nie warto targać wozu ze schodów. Do sklepu idealne rozwiązanie, na plażę nie ma lepszego, do urzędów, na pocztę i na działkę, gdy lecę tylko po natkę - super. Wiąże się ją szybko, można nawet nauczyć się samemu, choć my akurat byliśmy na kursie. Większość dzieciaków uwielbia być noszona, a płaczą kiedy źle zamotamy chustę i jest im nie wygodnie. Nasza kruszyna pada już po kilku chwilach spacerowym krokiem. Niestety wielu rodziców w obawie, że nie podołają chuście decydują się na nosidła. I o ile są to nosidła ergonomiczne nic złego się nie dzieje, choć w nosidle nie ma tej bliskości, ono nigdy nie opatuli tak jak chusta. Takie nosidło ma kilka pasków by dopasować je do ciałka, i by odpowiednio ułożyć nóżki, kosztuje podobnie jak chusta ponad 200, 300 zł. Widziałam kilka razy tak noszących rodziców, jednak zwykle królują nosidła - wisiadła, które są kompletnym zaprzeczeniem noszenia. Dziecko zawieszone na kroczu, z obciążonym kręgosłupem, wiszącymi kończynami zwyczajnie cierpi. Niesione na brzuchu przodem do świata jest ułożone w przeproście kręgosłupa, sztywne i ze zbyt dużą ilością wrażeń jak na młody układ nerwowy. Krzywdzących w ten sposób rodziców mam ochotę potraktować tak samo - chwycić za majty i podnieść do góry. Niestety zwykle paradują dumni z siebie jacy to oni nowocześni, zgodni z założeniami rodzicielstwa bliskości. Pomyłka!
Zawsze w takiej sytuacji, kiedy ktoś pyta o zdanie, mówię - dziecko odczuwa tak samo jak dorosły, z tą różnicą że dorosły po pierwsze pewne rzeczy rozumie (może zacisnąć zęby i iść dalej), po drugie może powiedzieć - nie! Dziecko jest zdane na nas, zatem postawmy się w jego sytuacji i jak wyżej napisałam, wyobraźmy sobie, że ktoś nas podwiesza za majtki. Nic fajnego... Więc dlaczego serwować to własnemu dziecku? Swoją drogą takie myślenie zawsze mi przyświeca, cokolwiek robię przy maluchu - ono czuje jak ja. Jak ja bym się czuła gdyby ktoś mi, np. wpychał coś do buzi, kneblował kiedy miałabym potrzebę wyrazić co czuję, albo czy czułabym się komfortowo skacząc do basenu tyłem, nie znając jego głębokości, temperatury wody, ani odległości od tafli (tak czują się dzieci, które zanurza się w wanience zaczynając od pleców i pupy). Dziecko to człowiek, tyle że mały ;-)

sobota, 14 września 2013

Po wakacjach

Chwilowa przerwa w pisaniu była związana z urlopem. Jednak wieczory wolałam spędzać z mężem niż przed komputerem. Co prawda komunikację mieliśmy utrudnioną, ponieważ spaliśmy w jednym pokoju z dzieckiem, ale dla chcącego nic trudnego.
Ogólnie wyjazd nam się udał, pogoda dopisała i nawet raz plażowaliśmy. Pozwoliliśmy Małej grzebać nóżkami w piasku oraz zamoczyć je w zimnym Bałtyku. Była niesamowicie uradowana. Chodziliśmy na długie spacery po plaży. Oczywiście bez wózka, a z chustą. Patrzyliśmy z lekkim politowaniem na rodziców pchających, ciągnących i siłujących się z wózkami po piachu. Nawet te sportowe wymiękały. A my bez przeszkód, ze śpiącym dziecku przy sercu wędrowaliśmy po piachu, schodach i miasteczku. Starsi ludzie nas zaczepiali, zagadywali, dziwili się, że można tak nosić dzieciątko. Mąż pękał z dumy. W ogóle lubimy małe nadmorskie miejscowości takie co to szybko człowiek pozna i czuje się jak u siebie. Mieliśmy "swoją" budkę z lodami i goframi, gdzie Pani nas raczyła podwójną porcją bitej śmietany, polewy, owoców, "swoją" smażalnię gdzie było wiadomo, że przyszliśmy na fląderkę, gdzie w zaciszu mogłam też karmić piersią i nikogo to nie oburzało. Już postanowiliśmy, że za rok to powtórzymy.

sobota, 7 września 2013

Pierwsze Wakacje

No i wylądowaliśmy, z gracją i w wielkim stylu, po 9 godzinach drogi, nad Naszym Morzem. Mała dzielnie zniosła podróż, byliśmy zadziwieni tym jak świetnie sobie radzi. Głównie spała lub bawiła się swoimi zabawkami. Potrzebne były nam dwie godzinne przerwy, żeby ją nakarmić i rozprostować. Kiedy dojechaliśmy na miejsce była pogodna i ciekawa otoczenia. Rozglądała się, śmiała i "śpiewała". Niestety zanim dotarliśmy na plażę, zasnęła i nie zobaczyła tego co my. Pogoda była piękna, morze wzburzone. Oj dawno nas nie było nad Bałtykiem, a przecież na jednej z takich plaż się poznaliśmy. Ile to minęło? 11 lat... Nie mogłam się oprzeć i zbiegłam na plażę, zamoczyć w zimnej wodzie nogi. Miękki piasek delikatnie grzał stopy, uwielbiam to uczucie. Patrzyłam w dal, na mewy i czegoś mi zabrakło. Spojrzałam za siebie, na szczyt schodów prowadzących na plażę - uśmiechnęłam się i zawróciłam. Stanęłam obok męża i jeszcze raz spojrzałam w dal, teraz wszystko było jak powinno.
Dziecko spało w wózeczku, a my przysiedliśmy na ławce wtuleni w siebie, jak za dawnych czasów dyndając nogami. Miło było, jutro powtórzymy, i pojutrze, i po pojutrze też.

środa, 4 września 2013

Testujemy Proszek do prania Concertino

Concertino Baby to hypoalergiczne produkty do prania odzieży niemowlęcej oraz osób ze skłonnością do alergii. Nie zawierają fosforanów, ani zeolitów. Skład mają jak przystało na produkt dla dzieci. Posiadają pozytywną opinię Centrum Zdrowia Dziecka.
Próbkę w postaci trzech saszetek proszku do prania kolorów otrzymałam po napisaniu maila, który podany jest na stronie Concertino Baby. Zwrotnie otrzymałam informację o wysyłce produktu oraz zostałam poproszona o polubienie marki na Facebook'u. Warto to zrobić, gdyż co jakiś czas ukazują się tam konkursy gdzie można wygrać proszki i żele do prania.
Zapach proszku jest dość intensywny - dla mnie chemiczno-kwiatowy. Jednak po praniu praktycznie cały zapach się ulotnił. Był delikatnie wyczuwalny podczas prasowania. Na tyle, że nie przeszkadzało mi to. Jeśli chodzi o jakość prania to faktycznie proszek doprał do czysta ubranka niemowlęce, jednak w moim odczuciu były one twarde, szorstkie. Być może to wina kamienia w wodzie, trudno powiedzieć. Po obróbce termicznej, tj. suszeniu w suszarce i prasowaniu, ten efekt twardości ubranek zdecydowanie zmalał.
Cena proszku jest raczej porównywalna do innych tego typu produktów, więc ok. Rzeczywiście nie uczula, ale minus za twardość bielizny. Choć pewnie gdybym miała kupić coś do prania rzeczy dla Małej, wybrałabym właśnie tę markę.


5 miesięcy

Wczoraj moja dziewczynka skończyła 5 miesięcy, czyli jak ja to mówię obchodziła małe urodzinki. 
Jakie mamy osiągnięcia na tym tym etapie? Na topie są teraz wszelakie przewracania - z brzucha na plecy, z pleców na brzuch, nawet w trakcie przewijania. Dominuje pozycja na brzuszku, której jeszcze do niedawna nie znosiła. Stópki na stałe zagościły w menu. Ściąga skarpetki i ssie paluszki. Jeśli chodzi o język nadal króluje bzium, brum, grrr, ale też wszelkie piski, wiski i buczenie. Dodatkowo nauczyła się tak śmiesznie mlaskać jakby w buzi miała cukierka i robi to tak wiarygodnie, że wczoraj wystraszyła babcię. Babcia wpadła w panikę - ona coś ma w buzi, ona coś je... Do siadania się garnie, choć ostatnio tak ją zauroczyły przewroty, że trochę mniej chce siadać. Jak leży na brzuchu to podciąga pupę do góry i próbuje pełzać. Wychodzi jej jedynie obracanie się wokół własnej osi. Sprawnie sięga po wszystko co jest w zasięgu jej rączek, nie istotne co to jest. Zauważyła istnienie kotów, które trąca i próbuje uchwycić. Czasem jej się udaje ku niezadowoleniu kotów. Bardzo chętnie je z łyżeczki. W dzień śpi przy cycu, niestety... Może mieć w buzi smoka, ale cycuś przy policzku musi być. Wieczorem zasypia samodzielnie w kołysce. 
Na liczniku 6700g, 72cm długości. Idziemy do przodu. 

poniedziałek, 2 września 2013

Wiaderko do kąpieli

Po wczorajszych przygodach na basenie zaczęłam się zastanawiać skąd u mojego malucha aż taka odwaga do wody. Obserwowałam inne dzieci w jej wieku i większość miała obawy, czy choćby dystans. Moja teoria jest taka, że prawdopodobnie moje dziecko nie ma żadnych złych skojarzeń, czy wspomnień związanych z wodą i kąpielą. Niemowlak zwykle potrzebuje kilku tygodni zanim zaakceptuje wanienkę, oraz cały proces mycia. U nas obyło się bez tego, gdyż kąpiemy we wiaderku. Uprzedzę komentarze nie zorientowanych - nie w zwykłym wiadrze, tylko w specjalnym przeznaczonym do kąpieli. Czym się różni taka kąpiel od zwykłej, w wanience? Przede wszystkim pozycją dziecka. We wiaderku jest to pion, a dziecko układa się tak jak układało się w brzuszku mamy. Rączki i nóżki ma przy sobie, a nie jak w przypadku klasycznej kąpieli, odrzucone. Zanurzając w ten sposób dziecko czuje się bezpieczne, bo odbywa się to stopniowo, zaczynając od stópek, przez nóżki, pupę i na koniec plecy. Czy i my zanurzając się w wodzie nie czujemy się najlepiej kiedy odbywa się to w taki sposób? Tak zanurzone dziecko nie ma odruchu Moro, ani innych związanych ze strachem. Po za tym aż do chwili kiedy nie poczuje się zadowolone jest mocno trzymane przez opiekuna, samo też może się go trzymać obiema rączkami. W wanience dzieciaki często marzną co również wywołuje dyskomfort, we wiaderku całe ciało zanurzone jest w przyjemnie ciepłej wodzie. Noworodki bardzo lubią czuć coś co je opatula, uspokajają się zawinięte ciasno w rożek, czy kocyk. Przypomina im to czasy z brzuszka. Wiaderko, przez to że otacza dziecko dookoła, powoduje podobne wrażenia - jest ciepło, ciasno i miło.
Wszystko to sprawia, że czas kąpieli jest bardzo przyjemny i nie budzi w dziecku żadnych złych skojarzeń. Wiaderko jest też wygodne dla rodziców - zajmuje mało miejsca, dziecko można umyć w dowolnym pomieszczeniu, np. tam gdzie jest najcieplej, stawia się je na podłodze, a samemu klęka, czy siada obok. Nie wymaga dużo wody. Jest bezpieczne, nie trzeba się obawiać nacisku na miednicę, bo siła wyporu wody jest tak duża, że niweluje ten nacisk. No i można je spokojnie zapakować jadąc na wakacje. A kiedy dziecko dorośnie wiaderko się przyda na pranie ;-)

niedziela, 1 września 2013

Basen

Nie sądziłam, że kryty basen będzie dla mnie taką frajdą, aż do dziś. Otóż zapisaliśmy się na kurs pływania dla niemowlaków. Wiele słyszałam na ten temat, że niepotrzebny wydatek, że głupia moda. Ponieważ oboje z mężem uwielbiamy wodę, postanowiliśmy jednak spróbować. Od kilku tygodni spieraliśmy się które będzie pierwsze pływać z dzieckiem. Wypadło na męża jako starszego kąpielowego. Ja zaś asystowałam na brzegu, robiąc przy okazji fotoreportaż. Zajęcia trwają pół godziny, odbywają się na małym basenie, o głębokości 1,5m. Prowadząca proponowała różne zabawy zapoznające z wodą. Niektóre maluchy płakały, inne przestraszone trzymały się opiekunów, ale nie moja córka! Roześmiana od ucha do ucha, pluskała się w najlepsze. Nie przeszkadzała jej woda na twarzy, ani to że kilka razy tato przypadkowo zanurzył ją zbyt głęboko. Po zajęciach chętnie, trzymana przez tatę na rękach, weszła pod prysznic, a potem bez problemu dała się przebrać. Natomiast w samochodzie po 5 minutach jazdy padła jak kawka.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów ze strony innych uczestników. Mimo bardzo dokładnych informacji i wytycznych podanych na stronie internetowej szkoły pływania, ludzie przyszli nie przygotowani - bez czepków, w spodenkach plażowych, w ogóle bez stroju kąpielowego (nawet rodzica na brzegu obowiązuje strój pływacki). Ale to były tylko dodatkowe atrakcje ;-)
Ogólnie po pierwszych zajęciach jesteśmy bardzo zadowoleni. Spędziliśmy razem fajne popołudnie, inne niż wszystkie. Myślę, że to ważne w budowaniu relacji z córką. Dodatkowo otwieramy się na świat pokazując jej coś innego niż nasze otoczenie. Jeśli tylko Wasze dzieciaki lubią wodę, są otwarte na nowe atrakcje, polecam basen. To naprawdę dobra forma na wspólne spędzanie czasu, zabawę i aktywność fizyczną. Dziecko w wodzie ćwiczy koordynację, poprawia siłę mięśni, no i hartuje się.