No i wylądowaliśmy, z gracją i w wielkim stylu, po 9 godzinach drogi, nad Naszym Morzem. Mała dzielnie zniosła podróż, byliśmy zadziwieni tym jak świetnie sobie radzi. Głównie spała lub bawiła się swoimi zabawkami. Potrzebne były nam dwie godzinne przerwy, żeby ją nakarmić i rozprostować. Kiedy dojechaliśmy na miejsce była pogodna i ciekawa otoczenia. Rozglądała się, śmiała i "śpiewała". Niestety zanim dotarliśmy na plażę, zasnęła i nie zobaczyła tego co my. Pogoda była piękna, morze wzburzone. Oj dawno nas nie było nad Bałtykiem, a przecież na jednej z takich plaż się poznaliśmy. Ile to minęło? 11 lat... Nie mogłam się oprzeć i zbiegłam na plażę, zamoczyć w zimnej wodzie nogi. Miękki piasek delikatnie grzał stopy, uwielbiam to uczucie. Patrzyłam w dal, na mewy i czegoś mi zabrakło. Spojrzałam za siebie, na szczyt schodów prowadzących na plażę - uśmiechnęłam się i zawróciłam. Stanęłam obok męża i jeszcze raz spojrzałam w dal, teraz wszystko było jak powinno.
Dziecko spało w wózeczku, a my przysiedliśmy na ławce wtuleni w siebie, jak za dawnych czasów dyndając nogami. Miło było, jutro powtórzymy, i pojutrze, i po pojutrze też.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz