poniedziałek, 16 września 2013

Nosimy

W poprzednim poście wspominałam, że nosimy córę w chuście. To naprawdę świetna sprawa i alternatywa dla wózka. Przydaje się zawsze tam gdzie koła nie pojadą, albo po prostu nie warto targać wozu ze schodów. Do sklepu idealne rozwiązanie, na plażę nie ma lepszego, do urzędów, na pocztę i na działkę, gdy lecę tylko po natkę - super. Wiąże się ją szybko, można nawet nauczyć się samemu, choć my akurat byliśmy na kursie. Większość dzieciaków uwielbia być noszona, a płaczą kiedy źle zamotamy chustę i jest im nie wygodnie. Nasza kruszyna pada już po kilku chwilach spacerowym krokiem. Niestety wielu rodziców w obawie, że nie podołają chuście decydują się na nosidła. I o ile są to nosidła ergonomiczne nic złego się nie dzieje, choć w nosidle nie ma tej bliskości, ono nigdy nie opatuli tak jak chusta. Takie nosidło ma kilka pasków by dopasować je do ciałka, i by odpowiednio ułożyć nóżki, kosztuje podobnie jak chusta ponad 200, 300 zł. Widziałam kilka razy tak noszących rodziców, jednak zwykle królują nosidła - wisiadła, które są kompletnym zaprzeczeniem noszenia. Dziecko zawieszone na kroczu, z obciążonym kręgosłupem, wiszącymi kończynami zwyczajnie cierpi. Niesione na brzuchu przodem do świata jest ułożone w przeproście kręgosłupa, sztywne i ze zbyt dużą ilością wrażeń jak na młody układ nerwowy. Krzywdzących w ten sposób rodziców mam ochotę potraktować tak samo - chwycić za majty i podnieść do góry. Niestety zwykle paradują dumni z siebie jacy to oni nowocześni, zgodni z założeniami rodzicielstwa bliskości. Pomyłka!
Zawsze w takiej sytuacji, kiedy ktoś pyta o zdanie, mówię - dziecko odczuwa tak samo jak dorosły, z tą różnicą że dorosły po pierwsze pewne rzeczy rozumie (może zacisnąć zęby i iść dalej), po drugie może powiedzieć - nie! Dziecko jest zdane na nas, zatem postawmy się w jego sytuacji i jak wyżej napisałam, wyobraźmy sobie, że ktoś nas podwiesza za majtki. Nic fajnego... Więc dlaczego serwować to własnemu dziecku? Swoją drogą takie myślenie zawsze mi przyświeca, cokolwiek robię przy maluchu - ono czuje jak ja. Jak ja bym się czuła gdyby ktoś mi, np. wpychał coś do buzi, kneblował kiedy miałabym potrzebę wyrazić co czuję, albo czy czułabym się komfortowo skacząc do basenu tyłem, nie znając jego głębokości, temperatury wody, ani odległości od tafli (tak czują się dzieci, które zanurza się w wanience zaczynając od pleców i pupy). Dziecko to człowiek, tyle że mały ;-)

sobota, 14 września 2013

Po wakacjach

Chwilowa przerwa w pisaniu była związana z urlopem. Jednak wieczory wolałam spędzać z mężem niż przed komputerem. Co prawda komunikację mieliśmy utrudnioną, ponieważ spaliśmy w jednym pokoju z dzieckiem, ale dla chcącego nic trudnego.
Ogólnie wyjazd nam się udał, pogoda dopisała i nawet raz plażowaliśmy. Pozwoliliśmy Małej grzebać nóżkami w piasku oraz zamoczyć je w zimnym Bałtyku. Była niesamowicie uradowana. Chodziliśmy na długie spacery po plaży. Oczywiście bez wózka, a z chustą. Patrzyliśmy z lekkim politowaniem na rodziców pchających, ciągnących i siłujących się z wózkami po piachu. Nawet te sportowe wymiękały. A my bez przeszkód, ze śpiącym dziecku przy sercu wędrowaliśmy po piachu, schodach i miasteczku. Starsi ludzie nas zaczepiali, zagadywali, dziwili się, że można tak nosić dzieciątko. Mąż pękał z dumy. W ogóle lubimy małe nadmorskie miejscowości takie co to szybko człowiek pozna i czuje się jak u siebie. Mieliśmy "swoją" budkę z lodami i goframi, gdzie Pani nas raczyła podwójną porcją bitej śmietany, polewy, owoców, "swoją" smażalnię gdzie było wiadomo, że przyszliśmy na fląderkę, gdzie w zaciszu mogłam też karmić piersią i nikogo to nie oburzało. Już postanowiliśmy, że za rok to powtórzymy.

sobota, 7 września 2013

Pierwsze Wakacje

No i wylądowaliśmy, z gracją i w wielkim stylu, po 9 godzinach drogi, nad Naszym Morzem. Mała dzielnie zniosła podróż, byliśmy zadziwieni tym jak świetnie sobie radzi. Głównie spała lub bawiła się swoimi zabawkami. Potrzebne były nam dwie godzinne przerwy, żeby ją nakarmić i rozprostować. Kiedy dojechaliśmy na miejsce była pogodna i ciekawa otoczenia. Rozglądała się, śmiała i "śpiewała". Niestety zanim dotarliśmy na plażę, zasnęła i nie zobaczyła tego co my. Pogoda była piękna, morze wzburzone. Oj dawno nas nie było nad Bałtykiem, a przecież na jednej z takich plaż się poznaliśmy. Ile to minęło? 11 lat... Nie mogłam się oprzeć i zbiegłam na plażę, zamoczyć w zimnej wodzie nogi. Miękki piasek delikatnie grzał stopy, uwielbiam to uczucie. Patrzyłam w dal, na mewy i czegoś mi zabrakło. Spojrzałam za siebie, na szczyt schodów prowadzących na plażę - uśmiechnęłam się i zawróciłam. Stanęłam obok męża i jeszcze raz spojrzałam w dal, teraz wszystko było jak powinno.
Dziecko spało w wózeczku, a my przysiedliśmy na ławce wtuleni w siebie, jak za dawnych czasów dyndając nogami. Miło było, jutro powtórzymy, i pojutrze, i po pojutrze też.

środa, 4 września 2013

Testujemy Proszek do prania Concertino

Concertino Baby to hypoalergiczne produkty do prania odzieży niemowlęcej oraz osób ze skłonnością do alergii. Nie zawierają fosforanów, ani zeolitów. Skład mają jak przystało na produkt dla dzieci. Posiadają pozytywną opinię Centrum Zdrowia Dziecka.
Próbkę w postaci trzech saszetek proszku do prania kolorów otrzymałam po napisaniu maila, który podany jest na stronie Concertino Baby. Zwrotnie otrzymałam informację o wysyłce produktu oraz zostałam poproszona o polubienie marki na Facebook'u. Warto to zrobić, gdyż co jakiś czas ukazują się tam konkursy gdzie można wygrać proszki i żele do prania.
Zapach proszku jest dość intensywny - dla mnie chemiczno-kwiatowy. Jednak po praniu praktycznie cały zapach się ulotnił. Był delikatnie wyczuwalny podczas prasowania. Na tyle, że nie przeszkadzało mi to. Jeśli chodzi o jakość prania to faktycznie proszek doprał do czysta ubranka niemowlęce, jednak w moim odczuciu były one twarde, szorstkie. Być może to wina kamienia w wodzie, trudno powiedzieć. Po obróbce termicznej, tj. suszeniu w suszarce i prasowaniu, ten efekt twardości ubranek zdecydowanie zmalał.
Cena proszku jest raczej porównywalna do innych tego typu produktów, więc ok. Rzeczywiście nie uczula, ale minus za twardość bielizny. Choć pewnie gdybym miała kupić coś do prania rzeczy dla Małej, wybrałabym właśnie tę markę.


5 miesięcy

Wczoraj moja dziewczynka skończyła 5 miesięcy, czyli jak ja to mówię obchodziła małe urodzinki. 
Jakie mamy osiągnięcia na tym tym etapie? Na topie są teraz wszelakie przewracania - z brzucha na plecy, z pleców na brzuch, nawet w trakcie przewijania. Dominuje pozycja na brzuszku, której jeszcze do niedawna nie znosiła. Stópki na stałe zagościły w menu. Ściąga skarpetki i ssie paluszki. Jeśli chodzi o język nadal króluje bzium, brum, grrr, ale też wszelkie piski, wiski i buczenie. Dodatkowo nauczyła się tak śmiesznie mlaskać jakby w buzi miała cukierka i robi to tak wiarygodnie, że wczoraj wystraszyła babcię. Babcia wpadła w panikę - ona coś ma w buzi, ona coś je... Do siadania się garnie, choć ostatnio tak ją zauroczyły przewroty, że trochę mniej chce siadać. Jak leży na brzuchu to podciąga pupę do góry i próbuje pełzać. Wychodzi jej jedynie obracanie się wokół własnej osi. Sprawnie sięga po wszystko co jest w zasięgu jej rączek, nie istotne co to jest. Zauważyła istnienie kotów, które trąca i próbuje uchwycić. Czasem jej się udaje ku niezadowoleniu kotów. Bardzo chętnie je z łyżeczki. W dzień śpi przy cycu, niestety... Może mieć w buzi smoka, ale cycuś przy policzku musi być. Wieczorem zasypia samodzielnie w kołysce. 
Na liczniku 6700g, 72cm długości. Idziemy do przodu. 

poniedziałek, 2 września 2013

Wiaderko do kąpieli

Po wczorajszych przygodach na basenie zaczęłam się zastanawiać skąd u mojego malucha aż taka odwaga do wody. Obserwowałam inne dzieci w jej wieku i większość miała obawy, czy choćby dystans. Moja teoria jest taka, że prawdopodobnie moje dziecko nie ma żadnych złych skojarzeń, czy wspomnień związanych z wodą i kąpielą. Niemowlak zwykle potrzebuje kilku tygodni zanim zaakceptuje wanienkę, oraz cały proces mycia. U nas obyło się bez tego, gdyż kąpiemy we wiaderku. Uprzedzę komentarze nie zorientowanych - nie w zwykłym wiadrze, tylko w specjalnym przeznaczonym do kąpieli. Czym się różni taka kąpiel od zwykłej, w wanience? Przede wszystkim pozycją dziecka. We wiaderku jest to pion, a dziecko układa się tak jak układało się w brzuszku mamy. Rączki i nóżki ma przy sobie, a nie jak w przypadku klasycznej kąpieli, odrzucone. Zanurzając w ten sposób dziecko czuje się bezpieczne, bo odbywa się to stopniowo, zaczynając od stópek, przez nóżki, pupę i na koniec plecy. Czy i my zanurzając się w wodzie nie czujemy się najlepiej kiedy odbywa się to w taki sposób? Tak zanurzone dziecko nie ma odruchu Moro, ani innych związanych ze strachem. Po za tym aż do chwili kiedy nie poczuje się zadowolone jest mocno trzymane przez opiekuna, samo też może się go trzymać obiema rączkami. W wanience dzieciaki często marzną co również wywołuje dyskomfort, we wiaderku całe ciało zanurzone jest w przyjemnie ciepłej wodzie. Noworodki bardzo lubią czuć coś co je opatula, uspokajają się zawinięte ciasno w rożek, czy kocyk. Przypomina im to czasy z brzuszka. Wiaderko, przez to że otacza dziecko dookoła, powoduje podobne wrażenia - jest ciepło, ciasno i miło.
Wszystko to sprawia, że czas kąpieli jest bardzo przyjemny i nie budzi w dziecku żadnych złych skojarzeń. Wiaderko jest też wygodne dla rodziców - zajmuje mało miejsca, dziecko można umyć w dowolnym pomieszczeniu, np. tam gdzie jest najcieplej, stawia się je na podłodze, a samemu klęka, czy siada obok. Nie wymaga dużo wody. Jest bezpieczne, nie trzeba się obawiać nacisku na miednicę, bo siła wyporu wody jest tak duża, że niweluje ten nacisk. No i można je spokojnie zapakować jadąc na wakacje. A kiedy dziecko dorośnie wiaderko się przyda na pranie ;-)

niedziela, 1 września 2013

Basen

Nie sądziłam, że kryty basen będzie dla mnie taką frajdą, aż do dziś. Otóż zapisaliśmy się na kurs pływania dla niemowlaków. Wiele słyszałam na ten temat, że niepotrzebny wydatek, że głupia moda. Ponieważ oboje z mężem uwielbiamy wodę, postanowiliśmy jednak spróbować. Od kilku tygodni spieraliśmy się które będzie pierwsze pływać z dzieckiem. Wypadło na męża jako starszego kąpielowego. Ja zaś asystowałam na brzegu, robiąc przy okazji fotoreportaż. Zajęcia trwają pół godziny, odbywają się na małym basenie, o głębokości 1,5m. Prowadząca proponowała różne zabawy zapoznające z wodą. Niektóre maluchy płakały, inne przestraszone trzymały się opiekunów, ale nie moja córka! Roześmiana od ucha do ucha, pluskała się w najlepsze. Nie przeszkadzała jej woda na twarzy, ani to że kilka razy tato przypadkowo zanurzył ją zbyt głęboko. Po zajęciach chętnie, trzymana przez tatę na rękach, weszła pod prysznic, a potem bez problemu dała się przebrać. Natomiast w samochodzie po 5 minutach jazdy padła jak kawka.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów ze strony innych uczestników. Mimo bardzo dokładnych informacji i wytycznych podanych na stronie internetowej szkoły pływania, ludzie przyszli nie przygotowani - bez czepków, w spodenkach plażowych, w ogóle bez stroju kąpielowego (nawet rodzica na brzegu obowiązuje strój pływacki). Ale to były tylko dodatkowe atrakcje ;-)
Ogólnie po pierwszych zajęciach jesteśmy bardzo zadowoleni. Spędziliśmy razem fajne popołudnie, inne niż wszystkie. Myślę, że to ważne w budowaniu relacji z córką. Dodatkowo otwieramy się na świat pokazując jej coś innego niż nasze otoczenie. Jeśli tylko Wasze dzieciaki lubią wodę, są otwarte na nowe atrakcje, polecam basen. To naprawdę dobra forma na wspólne spędzanie czasu, zabawę i aktywność fizyczną. Dziecko w wodzie ćwiczy koordynację, poprawia siłę mięśni, no i hartuje się.