poniedziałek, 21 października 2013

Jesień

Jesień zadomowiła się u nas na dobre. Ale trzeba jej przyznać jest piękna. Drzewa nabrały kolorów, aż miło popatrzeć. Parki opustoszały, co raz mniej ludzi chodzi na spacery, ale to dobrze, jest cicho, spokojnie i ławkę można wybrać. W taką pogodę, aż nie chce się siedzieć w domu, więc uzbrojone w koc i ciepły polar chodzimy, cieszymy się naszym czasem. Dlatego mniej mnie tutaj, w sieci...
Nie gniewajcie się :-)

Nie wiem, czy też tak macie, że w każdą porę roku co innego chce się jeść, co innego smakuje. Ja tak mam. Jesień to dla mnie pora cynamonu, jabłek, gruszek, sycących gęstych zup, gulaszy. Na śniadanie jaglanka z patelni z dużą ilością obłędnie soczystych jabłek, gruszek, suszoną żurawiną, brązowym cukrem i cynamonem. Wystarczy, że o tym pomyślę to robi mi się cieplej na duszy. Rozgrzewające śniadanie kiedy za oknem jeszcze nie opadły mgły i leniwie zaczyna się dzień - nie ma nic przyjemniejszego. A na obiad? Zupa krem z dyni, z czosnkiem, imbirem i pajdą chleba. Czy trzeba czegoś więcej? Do jesiennej kolacji pojawia się już herbatka, najlepiej z cytryną, osłodzona miodem. Lubię jesień...

wtorek, 15 października 2013

Smoczek

Zawsze wiedziałam, że ludzie lubią wtykać nos w nie swoje sprawy, ale od czasu kiedy mam dziecko problem ten dotyka mnie ze zdwojoną siłą. Rozumiem, że budowanie cudzej rzeczywistości jest łatwiejsze niż swojej, tylko weźmy pod uwagę, że może to nie być mile widziane. Kilka dni temu ciesząc się piękną jesienną pogodą siedziałam z Małą na ławce. Mijając nas, kobieta która mieszka na naszym osiedlu, zajrzała do wózka. Znamy się tylko z widzenia, mówimy "dzień dobry", a ona wyskakuje do mojego dziecka "Smoczek? Fuj, wyrzuć go, niech Ci go mama nie wciska". I już do mnie "niech pani nie daje smoczka, to nic dobrego, koniecznie musi pani oduczyć ją..." tu pojawiła się historia jej wnuczki, kilka ostrzeżeń, pokiwała mi palcem i poszła, zostawiając mnie osłupiałą ze zdziwienia. Odruch ssania mojego dziecka jest tak silny, że we wczesnym niemowlęctwie podejrzewano ją o wzmożone napięcie mięśniowe, bo nie potrafiła się zaspokoić. Byłam przeciwna smoczkwi, ale kiedy podałam jej do buzi i zobaczyłam jak moje dziecko się rozpływa, rozluźnia i uspokaja, przekonałam się, że nie warto spełniać własnych ambicji kosztem dziecka. Smok nie służy do zatykania dziecka, zawsze próbujemy innych metod uspokajania, wyciszenia. Zwykle są skuteczne. Teraz kiedy jest starsza i potrzebuje sama po niego sięga. Ponieważ moje dziecko samodzielnie zasypia w swoim łóżeczku smoczek pomaga jej się wyciszyć i usnąć. No i ostatni argument, którego użyła nasza pediatra. Dziecko musi ssać, jak nie smoczek będzie ciągnęła palec, a kiedy powiecie sobie dość, zabierzecie smoczek i po sprawie. Jeśli zdecydujecie się na palec nie będzie to już takie łatwe... Wybraliśmy smoka. Traktujemy go trochę jak biżuterię, dodatek do ubrania. Mamy różne kolory i wzory, w ramach jednej firmy oczywiście.
Nie rozumiem dlaczego mam oduczać 6-o miesięczne dziecko ssania, które jest dla niego jeszcze cały czas najbardziej oczywistą czynnością.

poniedziałek, 7 października 2013

Koty

Jestem szczęśliwą (choć nie zawsze) posiadaczką dwóch kotów, posiadaczką a nie właścicielką. Dlaczego nie właścicielką? Ano dlatego, że kot nie podlega regułom takim jak np. pies. Nie można go sobie podporządkować. Tresura jest trudna, choć nie niemożliwa. Przychodzi kiedy ma kaprys, kiedy ma humor można go głaskać, tulić, a kiedy nie, próba może się skończyć zadrapaniem. Dobrze mieć jednego kota, ale jeszcze lepiej dwa. Zajmują się sobą, kiedy my nie mamy czasu. Szaleją, biegają i wszędzie ich pełno. Jednak najbardziej wszystkich ciekawią relacje dziecka z kotami. Z resztą my sami zastanawialiśmy się jak to będzie. Początkowo kocur był bardzo na dystans, a kotka wykazywała instynkt opiekuńczy. Ogólnie kocica jest mądrzejsza, obserwuje wnikliwie i wyciąga wnioski. Kot jak to facet, nie przewiduje, ważne jest tu i teraz. Kiedy przychodzą do nas dzieci, kocica się chowa bo wie, że nic dobrego z tego nie będzie. Kocur zaś ufnie się bawi, aż zostanie złapany za futro, czy pociągnięty za ogon. Długo jednak się nie ukrywa, bo chęć zabawy jest większa. Podobnie jest teraz z podejściem do mojej córki, która bez wyczucia chwyta za futro, ogon. Kotka, więc trzyma się z daleka, a kot podchodzi i daje się złapać, tarmosić. Muszę przyznać, że znosi to zdumiewająco dobrze. Czasem się zastanawiam, czy on się nie zakochał w Malutkiej, bo kiedy śpi to kładzie jej się w nogach, liże ją po uszach, włoskach. A ona próbuje wsadzić sobie do buzi ogon, czy łapę.
Oczywiście czasem mnie wkurzają, bo tak szaleją, że tratują wszystko na swojej drodze, nie zwracając na nic uwagi, hałasują, zrywają zasłony z żabek, zrzucają poduszki, przewracają buty. Jednak o dziwo jeszcze nigdy nie obudziły dziecka. Ale kiedy po południu leniuchujemy we trójkę, a koty z nami, jest naprawdę przyjemnie.

czwartek, 3 października 2013

Pół roku...

Jak ten czas leci... Dziś moja córka skończyła pół roku. Dokładnie 6 miesięcy temu o tej godzinie przyniesiono mi malutkie zawiniątko bym mogła, jeszcze na sali porodowej przystawić swoją kruszynkę do piersi. A teraz ta kruszynka chicha się w głos, buntuje kiedy coś jej nie pasuje, śpiewa, krzyczy, chce oglądać telewizor i bawić się komórką, "rozmawia" przez Skypa z babcią i zaczyna już męczyć koty.
Czy przy tej okazji chce wspominać poród? Właściwie tak, bo był naprawdę dobry. Bolało, zwłaszcza plecy, trwało długo, ale razem z mężem było łatwiej, wyjątkowo. Mówi się, że dzieci które przychodzą na świat w domu nie płaczą, bo atmosfera panująca jest spokojna. Moja córka, mimo że rodziła się w szpitalu, również nie płakała, po pierwszym oddechu i krzyku uspokoiła się, z ciekawością otwierając buzię. Nawet mnie to zmartwiło, bo przecież "powinno" płakać, ale położna mnie uspokoiła, że wszystko jest dobrze i nie musi, skoro jej dobrze.
Przy porodzie zdecydowaliśmy się na zebranie krwi pępowinowej, oby nigdy się nie przydała, ale oboje z mężem czuliśmy potrzebę, żeby ją mieć. Żeby nigdy nie móc sobie zarzucić, że mogliśmy to zrobić, a nie zrobiliśmy.
Pół roku... Za ścianą mąż usypia, a w zasadzie asystuje zasypiającej Malutkiej, a ja po całym dniu z nią spędzonym relaksuję się. Fajne uczucie być mamą na cały etat, i fajnie móc wieczorem oddać tą rolę komuś innemu. Mój kuzyn, zanim poznał żonę, zwracał się do mamy per "najważniejsza kobieto świata". Chciałabym kiedyś zasłużyć na takie słowa...

poniedziałek, 30 września 2013

Wielorazowo plus przewodnik

Jakby Naszej niekonwencjonalności było mało dorzucę coś jeszcze. Coś co budzi zaskoczenie, czasem politowanie w oczach innych mam. Mianowicie pieluchy wielorazowe. Dlaczego wielo? Odpowiedź dla mnie oczywista - bo zdrowsze, bo ekologiczne, bo tańsze. 
Zdrowsze? Pieluszki wielorazowe nowej generacji to nie tylko zwykła tetra, choć i ta jest w użyciu. Szyte są z materiałów dobrej jakości, oddychają, przepuszczają powietrze, ale nie wypuszczają wilgoci. Jeśli zakładam bawełnę to wiem, że to bawełna, jeśli bambus to bambus, a mikrofibra to mikrofibra. Zaś jednorazówka? Co to jest jednorazówka? Z czego jest zrobiona? Co powoduje, że dziecko może tam sikać 12 godzin i nic nie wycieka? Magia? Tak, ale chyba czarna... Nikt tak naprawdę nie wie, po za producentami co tam właściwie siedzi. A sądząc po zapachu owych pieluch siedzi tam wiele i mocno chemicznie. Moje dziecko praktycznie nie zna kremu na odparzenia, obca nam jest czerwona pupa, za wyjątkiem tych sytuacji, w których zmuszeni jesteśmy stosować jednorazówki (np.wakacje).
Kiedyś usłyszałam, że co to za ekologia skoro pieluchy trzeba prać? No owszem, ale piorę je razem z ciuszkami, których moje dziecko "brudzi" sporo. To obślini, a to parsknie marchewką, no i stosik rośnie. Piorę wszystko razem, dodając jedynie łyżeczkę środka dezynfekującego do mojego proszku, którego daję połowę dozy. A w śmietniku nie ląduje góra jednorazówek, które degradują 200 lat.
I ostatni aspekt, są tanie. Biorąc pod uwagę, że wystarczają na cały okres pieluchowania, a potem dla kolejnego dziecka faktycznie się opłaca.

A teraz przewodnik po pieluchach dla żółtodziobów ;-)

Kieszonka - ma kształt jednorazówki, jest w pełni nieprzemakalna, zapina się na napy lub rzepy. Wymaga wkładów, które wkłada się do środka. Wkład to prostokąt np. z mikrofibry, bambusa, tetry, czy ręcznik. Tkanina, z której zrobiona jest kieszonka to najczęściej tzw. PUL, czyli rodzaj materiału, który nie przepuszcza wilgoci, ale oddycha. Od strony pupy najczęściej jest polarek, dzięki któremu dziecko nie czuje wilgoci. Minus tej pieluszki jest taki, że po zasikaniu trzeba zmienić całość, czyli wkład i kieszonkę. Plus to rozmaita kolorystyka i wzory, np. tzw. minkee. Są po prostu śliczne ;-)

Otulacz - ma kształt jednorazówki lub majteczek, jest w pełni nieprzemakalny, zapinany na rzep lub napy. Jego zadaniem jest przytrzymanie wkładów, tetry, czy innych pieluszek przemakalnych. Jego plusem jest to, że najczęściej można go użyć kilka razy, bo po zasikaniu wymieniamy tylko zawartość, czyli np. wkładkę z mikrofibry, czy złożoną tetrę. Jest cienki, ale sam nie jest pieluszką.

Pieluszka formowana, tzw. formowanka - ma kształt pampersa, jest przemakalna, zapinana głównie na rzepy. Ta pieluszka charakteryzuje się dużą chłonnością. Może być z bawełny, bambusa, frotki. Aby nie zamoczyć ubranka na formowankę zakłada się otulacz. Całość jest dość gruba, ale znów wymieniamy tylko formowankę, a otulacz zostaje do nowej pieluszki. 


AIO - all in one, czyli wszystko w jednym. To pieluszka typu kieszonka, ale wkład ma wszyty na stałe. Plusem jest to, że nie wymaga już nic dodatkowego i jest gotowa do użycia. Minus - długo schnie.

SIO - to otulacz do którego napami wpina się wkłady.

Wkładka, czy wkład to prostokątny materiał o dużej chłonności, np. bambus, mikrofibra, węglowy, tetra, ręcznik.

Wkład "sucha pupa" to cieniutki prostokątny wkład, który minimalizuje uczucie wilgoci. Zrobiony np. z polara. Kładzie się go na wkładzie od strony pupy. 

Przy dużej ilości kieszonek, są one wygodne, gdyż można sobie naszykować je wcześniej i zakładać/wymieniać jak jednorazówkę. Minus jest taki, że mamy więcej do prania i więcej ich potrzeba, bo całość idzie do wymiany. Jednak kieszonki można też używać jak otulacz, czyli wkładki położyć na wierzchu - przy pupie i wtedy nie trzeba wymieniać całości. 

Jeśli chodzi o rozmiar najlepiej wybrać uniwersalne, mają one kilka rzędów zapięć, które zmniejszają pieluszkę. Wystarczają na cały okres pieluchowania.


Temat pieluch to rzeka, można dużo i długo, ale zawsze warto.

piątek, 27 września 2013

Po przerwie...

No i cóż, proza życia wzięła górę nad osobistą potrzebą wygadania, czy raczej wypisania. Sezon winogronowy w pełni, więc trzeba było się za niego zabrać. Do tego zaczęłam szkołę. Śmieszno i straszno za razem się zrobiło kiedy koleżanki z klasy mówią mi per Pani... No, ale papier się przyda i szef łaskawszym okiem spojrzy kiedy po 8 miesiącach zwolnienia i roku urlopu wrócę na stanowisko.
Wieczorną atrakcją stało się zaś, zamiast błogiego blogowania, odciąganie mleka. Cudów nie ma, ale udaje mi się coś niecoś zamrozić na czas szkoły.
Wracając do przetworów, to piwnica pęka w szwach od malutkich słoiczków pełnych jagód, malin, jabłek, moreli, brzoskwiń, truskawek, śliwek. Cała półka też należy do soków winogronowych, których chętnie bym jeszcze zrobiła, ale pewnie czasu zabraknie.
Przeszło tydzień temu obchodziliśmy rocznicę ślubu, czwartą, choć mi się cały czas zdawało, że trzecią. Tego też dnia przeprowadziliśmy Córkę do jej pokoju i łóżeczka. Jednak kołyska była już za mała i nie spało jej się najwygodniej. Oczywiście kto przeżył ten fakt najbardziej? No jasne, że ja :-)

poniedziałek, 16 września 2013

Testujemy Mleczko do prania Lovela

Saszetkę mleczka do prania białego Lovela otrzymałam po napisaniu prośby drogą mailową. Na stronie internetowej jest formularz zgłoszeniowy, ale od blisko roku nie działa, więc trzeba się zgłaszać osobiście. Niestety polityka firmy jest dość dziwna i zależnie na jakiego konsultanta się trafi albo próbkę się dostanie, albo nie.
Mnie się udało.
Saszetka wystarcza na jedną pełną pralkę. Postanowiłam wyprać w mleczku kocyki oraz śpiworki dla dziecka. Pranie nastawiłam na 40 stopni z dodatkowym płukaniem. Mleczko średnio gęste o przyjemnym, intensywnym zapachu. Niestety po praniu zapach stał się mdły i nieprzyjemny, utrzymuje się dość długo. Po za zapachem nie odpowiadało mi również pranie w dotyku. Było niby miękkie, ale jakby lepkie, trzeszczące. Tak zachowuje się pranie kiedy zostaje na nim chemia, kiedy jest niewystarczająco wypłukane. To dziwne, bo jakoś inne środki nie zostają mi na praniu, przy takim samym cyklu. Dziwne i niedopuszczalne kiedy chodzi o pranie dla dziecka. Ponieważ byłam w posiadaniu dwóch takich saszetek (drugą otrzymałam w szkole rodzenia), powtórzyłam test. Niestety znów to samo - okropny mocny zapach i nieprzyjemne w dotyku ubranka, dodatkowo mleczko nie poradziło sobie z plamami z kupki, co przy niemowlaku jest nie do zaakceptowania.
Osobiście nie odpowiada mi mleczko do prania Lovela. Rozczarowało mnie pod każdym względem, nie kupiłabym go.