Jesień zadomowiła się u nas na dobre. Ale trzeba jej przyznać jest piękna. Drzewa nabrały kolorów, aż miło popatrzeć. Parki opustoszały, co raz mniej ludzi chodzi na spacery, ale to dobrze, jest cicho, spokojnie i ławkę można wybrać. W taką pogodę, aż nie chce się siedzieć w domu, więc uzbrojone w koc i ciepły polar chodzimy, cieszymy się naszym czasem. Dlatego mniej mnie tutaj, w sieci...
Nie gniewajcie się :-)
Nie wiem, czy też tak macie, że w każdą porę roku co innego chce się jeść, co innego smakuje. Ja tak mam. Jesień to dla mnie pora cynamonu, jabłek, gruszek, sycących gęstych zup, gulaszy. Na śniadanie jaglanka z patelni z dużą ilością obłędnie soczystych jabłek, gruszek, suszoną żurawiną, brązowym cukrem i cynamonem. Wystarczy, że o tym pomyślę to robi mi się cieplej na duszy. Rozgrzewające śniadanie kiedy za oknem jeszcze nie opadły mgły i leniwie zaczyna się dzień - nie ma nic przyjemniejszego. A na obiad? Zupa krem z dyni, z czosnkiem, imbirem i pajdą chleba. Czy trzeba czegoś więcej? Do jesiennej kolacji pojawia się już herbatka, najlepiej z cytryną, osłodzona miodem. Lubię jesień...
poniedziałek, 21 października 2013
wtorek, 15 października 2013
Smoczek
Zawsze wiedziałam, że ludzie lubią wtykać nos w nie swoje sprawy, ale od czasu kiedy mam dziecko problem ten dotyka mnie ze zdwojoną siłą. Rozumiem, że budowanie cudzej rzeczywistości jest łatwiejsze niż swojej, tylko weźmy pod uwagę, że może to nie być mile widziane. Kilka dni temu ciesząc się piękną jesienną pogodą siedziałam z Małą na ławce. Mijając nas, kobieta która mieszka na naszym osiedlu, zajrzała do wózka. Znamy się tylko z widzenia, mówimy "dzień dobry", a ona wyskakuje do mojego dziecka "Smoczek? Fuj, wyrzuć go, niech Ci go mama nie wciska". I już do mnie "niech pani nie daje smoczka, to nic dobrego, koniecznie musi pani oduczyć ją..." tu pojawiła się historia jej wnuczki, kilka ostrzeżeń, pokiwała mi palcem i poszła, zostawiając mnie osłupiałą ze zdziwienia. Odruch ssania mojego dziecka jest tak silny, że we wczesnym niemowlęctwie podejrzewano ją o wzmożone napięcie mięśniowe, bo nie potrafiła się zaspokoić. Byłam przeciwna smoczkwi, ale kiedy podałam jej do buzi i zobaczyłam jak moje dziecko się rozpływa, rozluźnia i uspokaja, przekonałam się, że nie warto spełniać własnych ambicji kosztem dziecka. Smok nie służy do zatykania dziecka, zawsze próbujemy innych metod uspokajania, wyciszenia. Zwykle są skuteczne. Teraz kiedy jest starsza i potrzebuje sama po niego sięga. Ponieważ moje dziecko samodzielnie zasypia w swoim łóżeczku smoczek pomaga jej się wyciszyć i usnąć. No i ostatni argument, którego użyła nasza pediatra. Dziecko musi ssać, jak nie smoczek będzie ciągnęła palec, a kiedy powiecie sobie dość, zabierzecie smoczek i po sprawie. Jeśli zdecydujecie się na palec nie będzie to już takie łatwe... Wybraliśmy smoka. Traktujemy go trochę jak biżuterię, dodatek do ubrania. Mamy różne kolory i wzory, w ramach jednej firmy oczywiście.
Nie rozumiem dlaczego mam oduczać 6-o miesięczne dziecko ssania, które jest dla niego jeszcze cały czas najbardziej oczywistą czynnością.
Nie rozumiem dlaczego mam oduczać 6-o miesięczne dziecko ssania, które jest dla niego jeszcze cały czas najbardziej oczywistą czynnością.
poniedziałek, 7 października 2013
Koty
Jestem szczęśliwą (choć nie zawsze) posiadaczką dwóch kotów, posiadaczką a nie właścicielką. Dlaczego nie właścicielką? Ano dlatego, że kot nie podlega regułom takim jak np. pies. Nie można go sobie podporządkować. Tresura jest trudna, choć nie niemożliwa. Przychodzi kiedy ma kaprys, kiedy ma humor można go głaskać, tulić, a kiedy nie, próba może się skończyć zadrapaniem. Dobrze mieć jednego kota, ale jeszcze lepiej dwa. Zajmują się sobą, kiedy my nie mamy czasu. Szaleją, biegają i wszędzie ich pełno. Jednak najbardziej wszystkich ciekawią relacje dziecka z kotami. Z resztą my sami zastanawialiśmy się jak to będzie. Początkowo kocur był bardzo na dystans, a kotka wykazywała instynkt opiekuńczy. Ogólnie kocica jest mądrzejsza, obserwuje wnikliwie i wyciąga wnioski. Kot jak to facet, nie przewiduje, ważne jest tu i teraz. Kiedy przychodzą do nas dzieci, kocica się chowa bo wie, że nic dobrego z tego nie będzie. Kocur zaś ufnie się bawi, aż zostanie złapany za futro, czy pociągnięty za ogon. Długo jednak się nie ukrywa, bo chęć zabawy jest większa. Podobnie jest teraz z podejściem do mojej córki, która bez wyczucia chwyta za futro, ogon. Kotka, więc trzyma się z daleka, a kot podchodzi i daje się złapać, tarmosić. Muszę przyznać, że znosi to zdumiewająco dobrze. Czasem się zastanawiam, czy on się nie zakochał w Malutkiej, bo kiedy śpi to kładzie jej się w nogach, liże ją po uszach, włoskach. A ona próbuje wsadzić sobie do buzi ogon, czy łapę.
Oczywiście czasem mnie wkurzają, bo tak szaleją, że tratują wszystko na swojej drodze, nie zwracając na nic uwagi, hałasują, zrywają zasłony z żabek, zrzucają poduszki, przewracają buty. Jednak o dziwo jeszcze nigdy nie obudziły dziecka. Ale kiedy po południu leniuchujemy we trójkę, a koty z nami, jest naprawdę przyjemnie.
Oczywiście czasem mnie wkurzają, bo tak szaleją, że tratują wszystko na swojej drodze, nie zwracając na nic uwagi, hałasują, zrywają zasłony z żabek, zrzucają poduszki, przewracają buty. Jednak o dziwo jeszcze nigdy nie obudziły dziecka. Ale kiedy po południu leniuchujemy we trójkę, a koty z nami, jest naprawdę przyjemnie.
czwartek, 3 października 2013
Pół roku...
Jak ten czas leci... Dziś moja córka skończyła pół roku. Dokładnie 6 miesięcy temu o tej godzinie przyniesiono mi malutkie zawiniątko bym mogła, jeszcze na sali porodowej przystawić swoją kruszynkę do piersi. A teraz ta kruszynka chicha się w głos, buntuje kiedy coś jej nie pasuje, śpiewa, krzyczy, chce oglądać telewizor i bawić się komórką, "rozmawia" przez Skypa z babcią i zaczyna już męczyć koty.
Czy przy tej okazji chce wspominać poród? Właściwie tak, bo był naprawdę dobry. Bolało, zwłaszcza plecy, trwało długo, ale razem z mężem było łatwiej, wyjątkowo. Mówi się, że dzieci które przychodzą na świat w domu nie płaczą, bo atmosfera panująca jest spokojna. Moja córka, mimo że rodziła się w szpitalu, również nie płakała, po pierwszym oddechu i krzyku uspokoiła się, z ciekawością otwierając buzię. Nawet mnie to zmartwiło, bo przecież "powinno" płakać, ale położna mnie uspokoiła, że wszystko jest dobrze i nie musi, skoro jej dobrze.
Przy porodzie zdecydowaliśmy się na zebranie krwi pępowinowej, oby nigdy się nie przydała, ale oboje z mężem czuliśmy potrzebę, żeby ją mieć. Żeby nigdy nie móc sobie zarzucić, że mogliśmy to zrobić, a nie zrobiliśmy.
Pół roku... Za ścianą mąż usypia, a w zasadzie asystuje zasypiającej Malutkiej, a ja po całym dniu z nią spędzonym relaksuję się. Fajne uczucie być mamą na cały etat, i fajnie móc wieczorem oddać tą rolę komuś innemu. Mój kuzyn, zanim poznał żonę, zwracał się do mamy per "najważniejsza kobieto świata". Chciałabym kiedyś zasłużyć na takie słowa...
Czy przy tej okazji chce wspominać poród? Właściwie tak, bo był naprawdę dobry. Bolało, zwłaszcza plecy, trwało długo, ale razem z mężem było łatwiej, wyjątkowo. Mówi się, że dzieci które przychodzą na świat w domu nie płaczą, bo atmosfera panująca jest spokojna. Moja córka, mimo że rodziła się w szpitalu, również nie płakała, po pierwszym oddechu i krzyku uspokoiła się, z ciekawością otwierając buzię. Nawet mnie to zmartwiło, bo przecież "powinno" płakać, ale położna mnie uspokoiła, że wszystko jest dobrze i nie musi, skoro jej dobrze.
Przy porodzie zdecydowaliśmy się na zebranie krwi pępowinowej, oby nigdy się nie przydała, ale oboje z mężem czuliśmy potrzebę, żeby ją mieć. Żeby nigdy nie móc sobie zarzucić, że mogliśmy to zrobić, a nie zrobiliśmy.
Pół roku... Za ścianą mąż usypia, a w zasadzie asystuje zasypiającej Malutkiej, a ja po całym dniu z nią spędzonym relaksuję się. Fajne uczucie być mamą na cały etat, i fajnie móc wieczorem oddać tą rolę komuś innemu. Mój kuzyn, zanim poznał żonę, zwracał się do mamy per "najważniejsza kobieto świata". Chciałabym kiedyś zasłużyć na takie słowa...
poniedziałek, 30 września 2013
Wielorazowo plus przewodnik
Jakby Naszej niekonwencjonalności było mało dorzucę coś jeszcze. Coś co budzi zaskoczenie, czasem politowanie w oczach innych mam. Mianowicie pieluchy wielorazowe. Dlaczego wielo? Odpowiedź dla mnie oczywista - bo zdrowsze, bo ekologiczne, bo tańsze.
Zdrowsze? Pieluszki wielorazowe nowej generacji to nie tylko zwykła tetra, choć i ta jest w użyciu. Szyte są z materiałów dobrej jakości, oddychają, przepuszczają powietrze, ale nie wypuszczają wilgoci. Jeśli zakładam bawełnę to wiem, że to bawełna, jeśli bambus to bambus, a mikrofibra to mikrofibra. Zaś jednorazówka? Co to jest jednorazówka? Z czego jest zrobiona? Co powoduje, że dziecko może tam sikać 12 godzin i nic nie wycieka? Magia? Tak, ale chyba czarna... Nikt tak naprawdę nie wie, po za producentami co tam właściwie siedzi. A sądząc po zapachu owych pieluch siedzi tam wiele i mocno chemicznie. Moje dziecko praktycznie nie zna kremu na odparzenia, obca nam jest czerwona pupa, za wyjątkiem tych sytuacji, w których zmuszeni jesteśmy stosować jednorazówki (np.wakacje).
Kiedyś usłyszałam, że co to za ekologia skoro pieluchy trzeba prać? No owszem, ale piorę je razem z ciuszkami, których moje dziecko "brudzi" sporo. To obślini, a to parsknie marchewką, no i stosik rośnie. Piorę wszystko razem, dodając jedynie łyżeczkę środka dezynfekującego do mojego proszku, którego daję połowę dozy. A w śmietniku nie ląduje góra jednorazówek, które degradują 200 lat.
I ostatni aspekt, są tanie. Biorąc pod uwagę, że wystarczają na cały okres pieluchowania, a potem dla kolejnego dziecka faktycznie się opłaca.
A teraz przewodnik po pieluchach dla żółtodziobów ;-)
Kieszonka - ma kształt jednorazówki, jest w pełni nieprzemakalna, zapina się na napy lub rzepy. Wymaga wkładów, które wkłada się do środka. Wkład to prostokąt np. z mikrofibry, bambusa, tetry, czy ręcznik. Tkanina, z której zrobiona jest kieszonka to najczęściej tzw. PUL, czyli rodzaj materiału, który nie przepuszcza wilgoci, ale oddycha. Od strony pupy najczęściej jest polarek, dzięki któremu dziecko nie czuje wilgoci. Minus tej pieluszki jest taki, że po zasikaniu trzeba zmienić całość, czyli wkład i kieszonkę. Plus to rozmaita kolorystyka i wzory, np. tzw. minkee. Są po prostu śliczne
Otulacz - ma kształt jednorazówki lub majteczek, jest w pełni nieprzemakalny, zapinany na rzep lub napy. Jego zadaniem jest przytrzymanie wkładów, tetry, czy innych pieluszek przemakalnych. Jego plusem jest to, że najczęściej można go użyć kilka razy, bo po zasikaniu wymieniamy tylko zawartość, czyli np. wkładkę z mikrofibry, czy złożoną tetrę. Jest cienki, ale sam nie jest pieluszką.
Pieluszka formowana, tzw. formowanka - ma kształt pampersa, jest przemakalna, zapinana głównie na rzepy. Ta pieluszka charakteryzuje się dużą chłonnością. Może być z bawełny, bambusa, frotki. Aby nie zamoczyć ubranka na formowankę zakłada się otulacz. Całość jest dość gruba, ale znów wymieniamy tylko formowankę, a otulacz zostaje do nowej pieluszki.
AIO - all in one, czyli wszystko w jednym. To pieluszka typu kieszonka, ale wkład ma wszyty na stałe. Plusem jest to, że nie wymaga już nic dodatkowego i jest gotowa do użycia. Minus - długo schnie.
SIO - to otulacz do którego napami wpina się wkłady.
Wkładka, czy wkład to prostokątny materiał o dużej chłonności, np. bambus, mikrofibra, węglowy, tetra, ręcznik.
Wkład "sucha pupa" to cieniutki prostokątny wkład, który minimalizuje uczucie wilgoci. Zrobiony np. z polara. Kładzie się go na wkładzie od strony pupy.
Przy dużej ilości kieszonek, są one wygodne, gdyż można sobie naszykować je wcześniej i zakładać/wymieniać jak jednorazówkę. Minus jest taki, że mamy więcej do prania i więcej ich potrzeba, bo całość idzie do wymiany. Jednak kieszonki można też używać jak otulacz, czyli wkładki położyć na wierzchu - przy pupie i wtedy nie trzeba wymieniać całości.
Jeśli chodzi o rozmiar najlepiej wybrać uniwersalne, mają one kilka rzędów zapięć, które zmniejszają pieluszkę. Wystarczają na cały okres pieluchowania.
Temat pieluch to rzeka, można dużo i długo, ale zawsze warto.
Zdrowsze? Pieluszki wielorazowe nowej generacji to nie tylko zwykła tetra, choć i ta jest w użyciu. Szyte są z materiałów dobrej jakości, oddychają, przepuszczają powietrze, ale nie wypuszczają wilgoci. Jeśli zakładam bawełnę to wiem, że to bawełna, jeśli bambus to bambus, a mikrofibra to mikrofibra. Zaś jednorazówka? Co to jest jednorazówka? Z czego jest zrobiona? Co powoduje, że dziecko może tam sikać 12 godzin i nic nie wycieka? Magia? Tak, ale chyba czarna... Nikt tak naprawdę nie wie, po za producentami co tam właściwie siedzi. A sądząc po zapachu owych pieluch siedzi tam wiele i mocno chemicznie. Moje dziecko praktycznie nie zna kremu na odparzenia, obca nam jest czerwona pupa, za wyjątkiem tych sytuacji, w których zmuszeni jesteśmy stosować jednorazówki (np.wakacje).
Kiedyś usłyszałam, że co to za ekologia skoro pieluchy trzeba prać? No owszem, ale piorę je razem z ciuszkami, których moje dziecko "brudzi" sporo. To obślini, a to parsknie marchewką, no i stosik rośnie. Piorę wszystko razem, dodając jedynie łyżeczkę środka dezynfekującego do mojego proszku, którego daję połowę dozy. A w śmietniku nie ląduje góra jednorazówek, które degradują 200 lat.
I ostatni aspekt, są tanie. Biorąc pod uwagę, że wystarczają na cały okres pieluchowania, a potem dla kolejnego dziecka faktycznie się opłaca.
A teraz przewodnik po pieluchach dla żółtodziobów ;-)
Kieszonka - ma kształt jednorazówki, jest w pełni nieprzemakalna, zapina się na napy lub rzepy. Wymaga wkładów, które wkłada się do środka. Wkład to prostokąt np. z mikrofibry, bambusa, tetry, czy ręcznik. Tkanina, z której zrobiona jest kieszonka to najczęściej tzw. PUL, czyli rodzaj materiału, który nie przepuszcza wilgoci, ale oddycha. Od strony pupy najczęściej jest polarek, dzięki któremu dziecko nie czuje wilgoci. Minus tej pieluszki jest taki, że po zasikaniu trzeba zmienić całość, czyli wkład i kieszonkę. Plus to rozmaita kolorystyka i wzory, np. tzw. minkee. Są po prostu śliczne
Otulacz - ma kształt jednorazówki lub majteczek, jest w pełni nieprzemakalny, zapinany na rzep lub napy. Jego zadaniem jest przytrzymanie wkładów, tetry, czy innych pieluszek przemakalnych. Jego plusem jest to, że najczęściej można go użyć kilka razy, bo po zasikaniu wymieniamy tylko zawartość, czyli np. wkładkę z mikrofibry, czy złożoną tetrę. Jest cienki, ale sam nie jest pieluszką.
Pieluszka formowana, tzw. formowanka - ma kształt pampersa, jest przemakalna, zapinana głównie na rzepy. Ta pieluszka charakteryzuje się dużą chłonnością. Może być z bawełny, bambusa, frotki. Aby nie zamoczyć ubranka na formowankę zakłada się otulacz. Całość jest dość gruba, ale znów wymieniamy tylko formowankę, a otulacz zostaje do nowej pieluszki.
AIO - all in one, czyli wszystko w jednym. To pieluszka typu kieszonka, ale wkład ma wszyty na stałe. Plusem jest to, że nie wymaga już nic dodatkowego i jest gotowa do użycia. Minus - długo schnie.
SIO - to otulacz do którego napami wpina się wkłady.
Wkładka, czy wkład to prostokątny materiał o dużej chłonności, np. bambus, mikrofibra, węglowy, tetra, ręcznik.
Wkład "sucha pupa" to cieniutki prostokątny wkład, który minimalizuje uczucie wilgoci. Zrobiony np. z polara. Kładzie się go na wkładzie od strony pupy.
Przy dużej ilości kieszonek, są one wygodne, gdyż można sobie naszykować je wcześniej i zakładać/wymieniać jak jednorazówkę. Minus jest taki, że mamy więcej do prania i więcej ich potrzeba, bo całość idzie do wymiany. Jednak kieszonki można też używać jak otulacz, czyli wkładki położyć na wierzchu - przy pupie i wtedy nie trzeba wymieniać całości.
Jeśli chodzi o rozmiar najlepiej wybrać uniwersalne, mają one kilka rzędów zapięć, które zmniejszają pieluszkę. Wystarczają na cały okres pieluchowania.
Temat pieluch to rzeka, można dużo i długo, ale zawsze warto.
piątek, 27 września 2013
Po przerwie...
No i cóż, proza życia wzięła górę nad osobistą potrzebą wygadania, czy raczej wypisania. Sezon winogronowy w pełni, więc trzeba było się za niego zabrać. Do tego zaczęłam szkołę. Śmieszno i straszno za razem się zrobiło kiedy koleżanki z klasy mówią mi per Pani... No, ale papier się przyda i szef łaskawszym okiem spojrzy kiedy po 8 miesiącach zwolnienia i roku urlopu wrócę na stanowisko.
Wieczorną atrakcją stało się zaś, zamiast błogiego blogowania, odciąganie mleka. Cudów nie ma, ale udaje mi się coś niecoś zamrozić na czas szkoły.
Wracając do przetworów, to piwnica pęka w szwach od malutkich słoiczków pełnych jagód, malin, jabłek, moreli, brzoskwiń, truskawek, śliwek. Cała półka też należy do soków winogronowych, których chętnie bym jeszcze zrobiła, ale pewnie czasu zabraknie.
Przeszło tydzień temu obchodziliśmy rocznicę ślubu, czwartą, choć mi się cały czas zdawało, że trzecią. Tego też dnia przeprowadziliśmy Córkę do jej pokoju i łóżeczka. Jednak kołyska była już za mała i nie spało jej się najwygodniej. Oczywiście kto przeżył ten fakt najbardziej? No jasne, że ja :-)
Wieczorną atrakcją stało się zaś, zamiast błogiego blogowania, odciąganie mleka. Cudów nie ma, ale udaje mi się coś niecoś zamrozić na czas szkoły.
Wracając do przetworów, to piwnica pęka w szwach od malutkich słoiczków pełnych jagód, malin, jabłek, moreli, brzoskwiń, truskawek, śliwek. Cała półka też należy do soków winogronowych, których chętnie bym jeszcze zrobiła, ale pewnie czasu zabraknie.
Przeszło tydzień temu obchodziliśmy rocznicę ślubu, czwartą, choć mi się cały czas zdawało, że trzecią. Tego też dnia przeprowadziliśmy Córkę do jej pokoju i łóżeczka. Jednak kołyska była już za mała i nie spało jej się najwygodniej. Oczywiście kto przeżył ten fakt najbardziej? No jasne, że ja :-)
poniedziałek, 16 września 2013
Testujemy Mleczko do prania Lovela
Saszetkę mleczka do prania białego Lovela otrzymałam po napisaniu prośby drogą mailową. Na stronie internetowej jest formularz zgłoszeniowy, ale od blisko roku nie działa, więc trzeba się zgłaszać osobiście. Niestety polityka firmy jest dość dziwna i zależnie na jakiego konsultanta się trafi albo próbkę się dostanie, albo nie.
Mnie się udało.
Saszetka wystarcza na jedną pełną pralkę. Postanowiłam wyprać w mleczku kocyki oraz śpiworki dla dziecka. Pranie nastawiłam na 40 stopni z dodatkowym płukaniem. Mleczko średnio gęste o przyjemnym, intensywnym zapachu. Niestety po praniu zapach stał się mdły i nieprzyjemny, utrzymuje się dość długo. Po za zapachem nie odpowiadało mi również pranie w dotyku. Było niby miękkie, ale jakby lepkie, trzeszczące. Tak zachowuje się pranie kiedy zostaje na nim chemia, kiedy jest niewystarczająco wypłukane. To dziwne, bo jakoś inne środki nie zostają mi na praniu, przy takim samym cyklu. Dziwne i niedopuszczalne kiedy chodzi o pranie dla dziecka. Ponieważ byłam w posiadaniu dwóch takich saszetek (drugą otrzymałam w szkole rodzenia), powtórzyłam test. Niestety znów to samo - okropny mocny zapach i nieprzyjemne w dotyku ubranka, dodatkowo mleczko nie poradziło sobie z plamami z kupki, co przy niemowlaku jest nie do zaakceptowania.
Osobiście nie odpowiada mi mleczko do prania Lovela. Rozczarowało mnie pod każdym względem, nie kupiłabym go.
Mnie się udało.
Saszetka wystarcza na jedną pełną pralkę. Postanowiłam wyprać w mleczku kocyki oraz śpiworki dla dziecka. Pranie nastawiłam na 40 stopni z dodatkowym płukaniem. Mleczko średnio gęste o przyjemnym, intensywnym zapachu. Niestety po praniu zapach stał się mdły i nieprzyjemny, utrzymuje się dość długo. Po za zapachem nie odpowiadało mi również pranie w dotyku. Było niby miękkie, ale jakby lepkie, trzeszczące. Tak zachowuje się pranie kiedy zostaje na nim chemia, kiedy jest niewystarczająco wypłukane. To dziwne, bo jakoś inne środki nie zostają mi na praniu, przy takim samym cyklu. Dziwne i niedopuszczalne kiedy chodzi o pranie dla dziecka. Ponieważ byłam w posiadaniu dwóch takich saszetek (drugą otrzymałam w szkole rodzenia), powtórzyłam test. Niestety znów to samo - okropny mocny zapach i nieprzyjemne w dotyku ubranka, dodatkowo mleczko nie poradziło sobie z plamami z kupki, co przy niemowlaku jest nie do zaakceptowania.
Osobiście nie odpowiada mi mleczko do prania Lovela. Rozczarowało mnie pod każdym względem, nie kupiłabym go.
Nosimy
W poprzednim poście wspominałam, że nosimy córę w chuście. To naprawdę świetna sprawa i alternatywa dla wózka. Przydaje się zawsze tam gdzie koła nie pojadą, albo po prostu nie warto targać wozu ze schodów. Do sklepu idealne rozwiązanie, na plażę nie ma lepszego, do urzędów, na pocztę i na działkę, gdy lecę tylko po natkę - super. Wiąże się ją szybko, można nawet nauczyć się samemu, choć my akurat byliśmy na kursie. Większość dzieciaków uwielbia być noszona, a płaczą kiedy źle zamotamy chustę i jest im nie wygodnie. Nasza kruszyna pada już po kilku chwilach spacerowym krokiem. Niestety wielu rodziców w obawie, że nie podołają chuście decydują się na nosidła. I o ile są to nosidła ergonomiczne nic złego się nie dzieje, choć w nosidle nie ma tej bliskości, ono nigdy nie opatuli tak jak chusta. Takie nosidło ma kilka pasków by dopasować je do ciałka, i by odpowiednio ułożyć nóżki, kosztuje podobnie jak chusta ponad 200, 300 zł. Widziałam kilka razy tak noszących rodziców, jednak zwykle królują nosidła - wisiadła, które są kompletnym zaprzeczeniem noszenia. Dziecko zawieszone na kroczu, z obciążonym kręgosłupem, wiszącymi kończynami zwyczajnie cierpi. Niesione na brzuchu przodem do świata jest ułożone w przeproście kręgosłupa, sztywne i ze zbyt dużą ilością wrażeń jak na młody układ nerwowy. Krzywdzących w ten sposób rodziców mam ochotę potraktować tak samo - chwycić za majty i podnieść do góry. Niestety zwykle paradują dumni z siebie jacy to oni nowocześni, zgodni z założeniami rodzicielstwa bliskości. Pomyłka!
Zawsze w takiej sytuacji, kiedy ktoś pyta o zdanie, mówię - dziecko odczuwa tak samo jak dorosły, z tą różnicą że dorosły po pierwsze pewne rzeczy rozumie (może zacisnąć zęby i iść dalej), po drugie może powiedzieć - nie! Dziecko jest zdane na nas, zatem postawmy się w jego sytuacji i jak wyżej napisałam, wyobraźmy sobie, że ktoś nas podwiesza za majtki. Nic fajnego... Więc dlaczego serwować to własnemu dziecku? Swoją drogą takie myślenie zawsze mi przyświeca, cokolwiek robię przy maluchu - ono czuje jak ja. Jak ja bym się czuła gdyby ktoś mi, np. wpychał coś do buzi, kneblował kiedy miałabym potrzebę wyrazić co czuję, albo czy czułabym się komfortowo skacząc do basenu tyłem, nie znając jego głębokości, temperatury wody, ani odległości od tafli (tak czują się dzieci, które zanurza się w wanience zaczynając od pleców i pupy). Dziecko to człowiek, tyle że mały ;-)
Zawsze w takiej sytuacji, kiedy ktoś pyta o zdanie, mówię - dziecko odczuwa tak samo jak dorosły, z tą różnicą że dorosły po pierwsze pewne rzeczy rozumie (może zacisnąć zęby i iść dalej), po drugie może powiedzieć - nie! Dziecko jest zdane na nas, zatem postawmy się w jego sytuacji i jak wyżej napisałam, wyobraźmy sobie, że ktoś nas podwiesza za majtki. Nic fajnego... Więc dlaczego serwować to własnemu dziecku? Swoją drogą takie myślenie zawsze mi przyświeca, cokolwiek robię przy maluchu - ono czuje jak ja. Jak ja bym się czuła gdyby ktoś mi, np. wpychał coś do buzi, kneblował kiedy miałabym potrzebę wyrazić co czuję, albo czy czułabym się komfortowo skacząc do basenu tyłem, nie znając jego głębokości, temperatury wody, ani odległości od tafli (tak czują się dzieci, które zanurza się w wanience zaczynając od pleców i pupy). Dziecko to człowiek, tyle że mały ;-)
sobota, 14 września 2013
Po wakacjach
Chwilowa przerwa w pisaniu była związana z urlopem. Jednak wieczory wolałam spędzać z mężem niż przed komputerem. Co prawda komunikację mieliśmy utrudnioną, ponieważ spaliśmy w jednym pokoju z dzieckiem, ale dla chcącego nic trudnego.
Ogólnie wyjazd nam się udał, pogoda dopisała i nawet raz plażowaliśmy. Pozwoliliśmy Małej grzebać nóżkami w piasku oraz zamoczyć je w zimnym Bałtyku. Była niesamowicie uradowana. Chodziliśmy na długie spacery po plaży. Oczywiście bez wózka, a z chustą. Patrzyliśmy z lekkim politowaniem na rodziców pchających, ciągnących i siłujących się z wózkami po piachu. Nawet te sportowe wymiękały. A my bez przeszkód, ze śpiącym dziecku przy sercu wędrowaliśmy po piachu, schodach i miasteczku. Starsi ludzie nas zaczepiali, zagadywali, dziwili się, że można tak nosić dzieciątko. Mąż pękał z dumy. W ogóle lubimy małe nadmorskie miejscowości takie co to szybko człowiek pozna i czuje się jak u siebie. Mieliśmy "swoją" budkę z lodami i goframi, gdzie Pani nas raczyła podwójną porcją bitej śmietany, polewy, owoców, "swoją" smażalnię gdzie było wiadomo, że przyszliśmy na fląderkę, gdzie w zaciszu mogłam też karmić piersią i nikogo to nie oburzało. Już postanowiliśmy, że za rok to powtórzymy.
Ogólnie wyjazd nam się udał, pogoda dopisała i nawet raz plażowaliśmy. Pozwoliliśmy Małej grzebać nóżkami w piasku oraz zamoczyć je w zimnym Bałtyku. Była niesamowicie uradowana. Chodziliśmy na długie spacery po plaży. Oczywiście bez wózka, a z chustą. Patrzyliśmy z lekkim politowaniem na rodziców pchających, ciągnących i siłujących się z wózkami po piachu. Nawet te sportowe wymiękały. A my bez przeszkód, ze śpiącym dziecku przy sercu wędrowaliśmy po piachu, schodach i miasteczku. Starsi ludzie nas zaczepiali, zagadywali, dziwili się, że można tak nosić dzieciątko. Mąż pękał z dumy. W ogóle lubimy małe nadmorskie miejscowości takie co to szybko człowiek pozna i czuje się jak u siebie. Mieliśmy "swoją" budkę z lodami i goframi, gdzie Pani nas raczyła podwójną porcją bitej śmietany, polewy, owoców, "swoją" smażalnię gdzie było wiadomo, że przyszliśmy na fląderkę, gdzie w zaciszu mogłam też karmić piersią i nikogo to nie oburzało. Już postanowiliśmy, że za rok to powtórzymy.
sobota, 7 września 2013
Pierwsze Wakacje
No i wylądowaliśmy, z gracją i w wielkim stylu, po 9 godzinach drogi, nad Naszym Morzem. Mała dzielnie zniosła podróż, byliśmy zadziwieni tym jak świetnie sobie radzi. Głównie spała lub bawiła się swoimi zabawkami. Potrzebne były nam dwie godzinne przerwy, żeby ją nakarmić i rozprostować. Kiedy dojechaliśmy na miejsce była pogodna i ciekawa otoczenia. Rozglądała się, śmiała i "śpiewała". Niestety zanim dotarliśmy na plażę, zasnęła i nie zobaczyła tego co my. Pogoda była piękna, morze wzburzone. Oj dawno nas nie było nad Bałtykiem, a przecież na jednej z takich plaż się poznaliśmy. Ile to minęło? 11 lat... Nie mogłam się oprzeć i zbiegłam na plażę, zamoczyć w zimnej wodzie nogi. Miękki piasek delikatnie grzał stopy, uwielbiam to uczucie. Patrzyłam w dal, na mewy i czegoś mi zabrakło. Spojrzałam za siebie, na szczyt schodów prowadzących na plażę - uśmiechnęłam się i zawróciłam. Stanęłam obok męża i jeszcze raz spojrzałam w dal, teraz wszystko było jak powinno.
Dziecko spało w wózeczku, a my przysiedliśmy na ławce wtuleni w siebie, jak za dawnych czasów dyndając nogami. Miło było, jutro powtórzymy, i pojutrze, i po pojutrze też.
Dziecko spało w wózeczku, a my przysiedliśmy na ławce wtuleni w siebie, jak za dawnych czasów dyndając nogami. Miło było, jutro powtórzymy, i pojutrze, i po pojutrze też.
środa, 4 września 2013
Testujemy Proszek do prania Concertino
Concertino Baby to hypoalergiczne produkty do prania odzieży niemowlęcej oraz osób ze skłonnością do alergii. Nie zawierają fosforanów, ani zeolitów. Skład mają jak przystało na produkt dla dzieci. Posiadają pozytywną opinię Centrum Zdrowia Dziecka.
Próbkę w postaci trzech saszetek proszku do prania kolorów otrzymałam po napisaniu maila, który podany jest na stronie Concertino Baby. Zwrotnie otrzymałam informację o wysyłce produktu oraz zostałam poproszona o polubienie marki na Facebook'u. Warto to zrobić, gdyż co jakiś czas ukazują się tam konkursy gdzie można wygrać proszki i żele do prania.
Zapach proszku jest dość intensywny - dla mnie chemiczno-kwiatowy. Jednak po praniu praktycznie cały zapach się ulotnił. Był delikatnie wyczuwalny podczas prasowania. Na tyle, że nie przeszkadzało mi to. Jeśli chodzi o jakość prania to faktycznie proszek doprał do czysta ubranka niemowlęce, jednak w moim odczuciu były one twarde, szorstkie. Być może to wina kamienia w wodzie, trudno powiedzieć. Po obróbce termicznej, tj. suszeniu w suszarce i prasowaniu, ten efekt twardości ubranek zdecydowanie zmalał.
Cena proszku jest raczej porównywalna do innych tego typu produktów, więc ok. Rzeczywiście nie uczula, ale minus za twardość bielizny. Choć pewnie gdybym miała kupić coś do prania rzeczy dla Małej, wybrałabym właśnie tę markę.
Próbkę w postaci trzech saszetek proszku do prania kolorów otrzymałam po napisaniu maila, który podany jest na stronie Concertino Baby. Zwrotnie otrzymałam informację o wysyłce produktu oraz zostałam poproszona o polubienie marki na Facebook'u. Warto to zrobić, gdyż co jakiś czas ukazują się tam konkursy gdzie można wygrać proszki i żele do prania.
Zapach proszku jest dość intensywny - dla mnie chemiczno-kwiatowy. Jednak po praniu praktycznie cały zapach się ulotnił. Był delikatnie wyczuwalny podczas prasowania. Na tyle, że nie przeszkadzało mi to. Jeśli chodzi o jakość prania to faktycznie proszek doprał do czysta ubranka niemowlęce, jednak w moim odczuciu były one twarde, szorstkie. Być może to wina kamienia w wodzie, trudno powiedzieć. Po obróbce termicznej, tj. suszeniu w suszarce i prasowaniu, ten efekt twardości ubranek zdecydowanie zmalał.
Cena proszku jest raczej porównywalna do innych tego typu produktów, więc ok. Rzeczywiście nie uczula, ale minus za twardość bielizny. Choć pewnie gdybym miała kupić coś do prania rzeczy dla Małej, wybrałabym właśnie tę markę.
5 miesięcy
Wczoraj moja dziewczynka skończyła 5 miesięcy, czyli jak ja to mówię obchodziła małe urodzinki.
Jakie mamy osiągnięcia na tym tym etapie? Na topie są teraz wszelakie przewracania - z brzucha na plecy, z pleców na brzuch, nawet w trakcie przewijania. Dominuje pozycja na brzuszku, której jeszcze do niedawna nie znosiła. Stópki na stałe zagościły w menu. Ściąga skarpetki i ssie paluszki. Jeśli chodzi o język nadal króluje bzium, brum, grrr, ale też wszelkie piski, wiski i buczenie. Dodatkowo nauczyła się tak śmiesznie mlaskać jakby w buzi miała cukierka i robi to tak wiarygodnie, że wczoraj wystraszyła babcię. Babcia wpadła w panikę - ona coś ma w buzi, ona coś je... Do siadania się garnie, choć ostatnio tak ją zauroczyły przewroty, że trochę mniej chce siadać. Jak leży na brzuchu to podciąga pupę do góry i próbuje pełzać. Wychodzi jej jedynie obracanie się wokół własnej osi. Sprawnie sięga po wszystko co jest w zasięgu jej rączek, nie istotne co to jest. Zauważyła istnienie kotów, które trąca i próbuje uchwycić. Czasem jej się udaje ku niezadowoleniu kotów. Bardzo chętnie je z łyżeczki. W dzień śpi przy cycu, niestety... Może mieć w buzi smoka, ale cycuś przy policzku musi być. Wieczorem zasypia samodzielnie w kołysce.
Na liczniku 6700g, 72cm długości. Idziemy do przodu.
Jakie mamy osiągnięcia na tym tym etapie? Na topie są teraz wszelakie przewracania - z brzucha na plecy, z pleców na brzuch, nawet w trakcie przewijania. Dominuje pozycja na brzuszku, której jeszcze do niedawna nie znosiła. Stópki na stałe zagościły w menu. Ściąga skarpetki i ssie paluszki. Jeśli chodzi o język nadal króluje bzium, brum, grrr, ale też wszelkie piski, wiski i buczenie. Dodatkowo nauczyła się tak śmiesznie mlaskać jakby w buzi miała cukierka i robi to tak wiarygodnie, że wczoraj wystraszyła babcię. Babcia wpadła w panikę - ona coś ma w buzi, ona coś je... Do siadania się garnie, choć ostatnio tak ją zauroczyły przewroty, że trochę mniej chce siadać. Jak leży na brzuchu to podciąga pupę do góry i próbuje pełzać. Wychodzi jej jedynie obracanie się wokół własnej osi. Sprawnie sięga po wszystko co jest w zasięgu jej rączek, nie istotne co to jest. Zauważyła istnienie kotów, które trąca i próbuje uchwycić. Czasem jej się udaje ku niezadowoleniu kotów. Bardzo chętnie je z łyżeczki. W dzień śpi przy cycu, niestety... Może mieć w buzi smoka, ale cycuś przy policzku musi być. Wieczorem zasypia samodzielnie w kołysce.
Na liczniku 6700g, 72cm długości. Idziemy do przodu.
poniedziałek, 2 września 2013
Wiaderko do kąpieli
Po wczorajszych przygodach na basenie zaczęłam się zastanawiać skąd u mojego malucha aż taka odwaga do wody. Obserwowałam inne dzieci w jej wieku i większość miała obawy, czy choćby dystans. Moja teoria jest taka, że prawdopodobnie moje dziecko nie ma żadnych złych skojarzeń, czy wspomnień związanych z wodą i kąpielą. Niemowlak zwykle potrzebuje kilku tygodni zanim zaakceptuje wanienkę, oraz cały proces mycia. U nas obyło się bez tego, gdyż kąpiemy we wiaderku. Uprzedzę komentarze nie zorientowanych - nie w zwykłym wiadrze, tylko w specjalnym przeznaczonym do kąpieli. Czym się różni taka kąpiel od zwykłej, w wanience? Przede wszystkim pozycją dziecka. We wiaderku jest to pion, a dziecko układa się tak jak układało się w brzuszku mamy. Rączki i nóżki ma przy sobie, a nie jak w przypadku klasycznej kąpieli, odrzucone. Zanurzając w ten sposób dziecko czuje się bezpieczne, bo odbywa się to stopniowo, zaczynając od stópek, przez nóżki, pupę i na koniec plecy. Czy i my zanurzając się w wodzie nie czujemy się najlepiej kiedy odbywa się to w taki sposób? Tak zanurzone dziecko nie ma odruchu Moro, ani innych związanych ze strachem. Po za tym aż do chwili kiedy nie poczuje się zadowolone jest mocno trzymane przez opiekuna, samo też może się go trzymać obiema rączkami. W wanience dzieciaki często marzną co również wywołuje dyskomfort, we wiaderku całe ciało zanurzone jest w przyjemnie ciepłej wodzie. Noworodki bardzo lubią czuć coś co je opatula, uspokajają się zawinięte ciasno w rożek, czy kocyk. Przypomina im to czasy z brzuszka. Wiaderko, przez to że otacza dziecko dookoła, powoduje podobne wrażenia - jest ciepło, ciasno i miło.
Wszystko to sprawia, że czas kąpieli jest bardzo przyjemny i nie budzi w dziecku żadnych złych skojarzeń. Wiaderko jest też wygodne dla rodziców - zajmuje mało miejsca, dziecko można umyć w dowolnym pomieszczeniu, np. tam gdzie jest najcieplej, stawia się je na podłodze, a samemu klęka, czy siada obok. Nie wymaga dużo wody. Jest bezpieczne, nie trzeba się obawiać nacisku na miednicę, bo siła wyporu wody jest tak duża, że niweluje ten nacisk. No i można je spokojnie zapakować jadąc na wakacje. A kiedy dziecko dorośnie wiaderko się przyda na pranie ;-)
Wszystko to sprawia, że czas kąpieli jest bardzo przyjemny i nie budzi w dziecku żadnych złych skojarzeń. Wiaderko jest też wygodne dla rodziców - zajmuje mało miejsca, dziecko można umyć w dowolnym pomieszczeniu, np. tam gdzie jest najcieplej, stawia się je na podłodze, a samemu klęka, czy siada obok. Nie wymaga dużo wody. Jest bezpieczne, nie trzeba się obawiać nacisku na miednicę, bo siła wyporu wody jest tak duża, że niweluje ten nacisk. No i można je spokojnie zapakować jadąc na wakacje. A kiedy dziecko dorośnie wiaderko się przyda na pranie ;-)
niedziela, 1 września 2013
Basen
Nie sądziłam, że kryty basen będzie dla mnie taką frajdą, aż do dziś. Otóż zapisaliśmy się na kurs pływania dla niemowlaków. Wiele słyszałam na ten temat, że niepotrzebny wydatek, że głupia moda. Ponieważ oboje z mężem uwielbiamy wodę, postanowiliśmy jednak spróbować. Od kilku tygodni spieraliśmy się które będzie pierwsze pływać z dzieckiem. Wypadło na męża jako starszego kąpielowego. Ja zaś asystowałam na brzegu, robiąc przy okazji fotoreportaż. Zajęcia trwają pół godziny, odbywają się na małym basenie, o głębokości 1,5m. Prowadząca proponowała różne zabawy zapoznające z wodą. Niektóre maluchy płakały, inne przestraszone trzymały się opiekunów, ale nie moja córka! Roześmiana od ucha do ucha, pluskała się w najlepsze. Nie przeszkadzała jej woda na twarzy, ani to że kilka razy tato przypadkowo zanurzył ją zbyt głęboko. Po zajęciach chętnie, trzymana przez tatę na rękach, weszła pod prysznic, a potem bez problemu dała się przebrać. Natomiast w samochodzie po 5 minutach jazdy padła jak kawka.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów ze strony innych uczestników. Mimo bardzo dokładnych informacji i wytycznych podanych na stronie internetowej szkoły pływania, ludzie przyszli nie przygotowani - bez czepków, w spodenkach plażowych, w ogóle bez stroju kąpielowego (nawet rodzica na brzegu obowiązuje strój pływacki). Ale to były tylko dodatkowe atrakcje ;-)
Ogólnie po pierwszych zajęciach jesteśmy bardzo zadowoleni. Spędziliśmy razem fajne popołudnie, inne niż wszystkie. Myślę, że to ważne w budowaniu relacji z córką. Dodatkowo otwieramy się na świat pokazując jej coś innego niż nasze otoczenie. Jeśli tylko Wasze dzieciaki lubią wodę, są otwarte na nowe atrakcje, polecam basen. To naprawdę dobra forma na wspólne spędzanie czasu, zabawę i aktywność fizyczną. Dziecko w wodzie ćwiczy koordynację, poprawia siłę mięśni, no i hartuje się.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów ze strony innych uczestników. Mimo bardzo dokładnych informacji i wytycznych podanych na stronie internetowej szkoły pływania, ludzie przyszli nie przygotowani - bez czepków, w spodenkach plażowych, w ogóle bez stroju kąpielowego (nawet rodzica na brzegu obowiązuje strój pływacki). Ale to były tylko dodatkowe atrakcje ;-)
Ogólnie po pierwszych zajęciach jesteśmy bardzo zadowoleni. Spędziliśmy razem fajne popołudnie, inne niż wszystkie. Myślę, że to ważne w budowaniu relacji z córką. Dodatkowo otwieramy się na świat pokazując jej coś innego niż nasze otoczenie. Jeśli tylko Wasze dzieciaki lubią wodę, są otwarte na nowe atrakcje, polecam basen. To naprawdę dobra forma na wspólne spędzanie czasu, zabawę i aktywność fizyczną. Dziecko w wodzie ćwiczy koordynację, poprawia siłę mięśni, no i hartuje się.
sobota, 31 sierpnia 2013
Próbki - Testujemy kosmetyki Pat&Rub
Będąc jeszcze w ciąży zainteresowałam się możliwością otrzymywania próbek kosmetyków dla niemowląt. Producentów, a zatem możliwości mamy wiele. Chciałabym się z Wami podzielić swoimi uwagami na temat próbek - do kogo pisać, na co można liczyć, no i oczywiście moje obserwacje po używaniu kosmetyków, czyli czy warto.
Na pierwszy ogień firma, której twarzą i pomysłodawczynią jest Kinga Rusin - Pat&Rub. Produkują kosmetyki z naturalnych składników, dobrych olei tłoczonych na zimno. Jest to Polska firma, więc tym bardziej plus. Prośbę o próbki napisałam przez formularz kontaktowy dostępny na stronie. Nie otrzymałam żadnej wiadomości zwrotnej, natomiast w ciągu 3 tygodni przyszedł do mnie pięknie zapakowany w lniany woreczek zestaw próbek.
W skład zestawu wchodziły:
- oliwka do ciała i kąpieli dla niemowląt,
- szampon i płyn do kąpieli SWEET
- krem ochronny na każdą pogodę dla niemowląt
- balsam nawilżający do ciała SWEET (2 saszetki)
- krem pielęgnacyjny na odparzenia pieluszkowe SWEET
- krem na rozstępy dla kobiet w ciąży
- krem do rąk (3 saszetki)
Wszystkie próbki, po za kremem do rąk i balsamem, były duże, w słoiczkach, buteleczkach, wystarczyły na kilka solidnych użyć. Po pierwszym zastosowaniu wrażenie takie sobie, przeszkadzał mi zapach, jednak szybko się on ulatnia. Skóra i włosy pozostają naturalne, bez żadnej nuty zapachowej. Więc nie musiałam się długo przekonywać do tych kosmetyków.
1. Oliwka ma zapach naturalnych olei, głównie wyczułam słonecznik. Pięknie natłuszcza skórę, sprawdza się szczególnie w kąpieli. Jest wydajna, wystarczy kilka kropli do wody zamiast płynu.
2. Szampon i płyn do kąpieli w jednym, ja używałam tylko do włosów. Delikatnie się pieni, ma słodkawy zapach, dobrze się zmywa. Włoski są lekkie i nie puszą się.
3. Krem na odparzenia szybko niweluje podrażnienia. Ma sporo cynku co można uznać za jego wadę, ale i zaletę. Co prawda moja córka nigdy nie miała odparzeń, i krem używaliśmy okazjonalnie, więc nie wiem jak działa "w akcji".
4. Krem do twarzy ma dość ciężką konsystencję, ale myślę że to zaleta w przypadku kremu ochronnego, nie ściera się po byle dotknięciu twarzy.
5. Balsam nawilżający ma lekką konsystencję. Dobrze nawilża i nie pozostawia skóry tłustej.
6. Balsam na rozstępy również posiada naturalny, specyficzny zapach. Ma przyjemną konsystencję, dobrze się wchłania. Po takiej ilości trudno ocenić efekty.
7. Krem do rąk dla odmiany ma dość intensywny zapach trawy cytrynowej. Szybko się wchłania i delikatnie nawilża.
Reasumując, kosmetyki bardzo fajne - dobre składy, skuteczne. Dla małego dziecka to naprawdę dobra propozycja. Jedynie co może odstraszać to cena. Testowałam je z dużą przyjemnością.
Na pierwszy ogień firma, której twarzą i pomysłodawczynią jest Kinga Rusin - Pat&Rub. Produkują kosmetyki z naturalnych składników, dobrych olei tłoczonych na zimno. Jest to Polska firma, więc tym bardziej plus. Prośbę o próbki napisałam przez formularz kontaktowy dostępny na stronie. Nie otrzymałam żadnej wiadomości zwrotnej, natomiast w ciągu 3 tygodni przyszedł do mnie pięknie zapakowany w lniany woreczek zestaw próbek.
W skład zestawu wchodziły:
- oliwka do ciała i kąpieli dla niemowląt,
- szampon i płyn do kąpieli SWEET
- krem ochronny na każdą pogodę dla niemowląt
- balsam nawilżający do ciała SWEET (2 saszetki)
- krem pielęgnacyjny na odparzenia pieluszkowe SWEET
- krem na rozstępy dla kobiet w ciąży
- krem do rąk (3 saszetki)
Wszystkie próbki, po za kremem do rąk i balsamem, były duże, w słoiczkach, buteleczkach, wystarczyły na kilka solidnych użyć. Po pierwszym zastosowaniu wrażenie takie sobie, przeszkadzał mi zapach, jednak szybko się on ulatnia. Skóra i włosy pozostają naturalne, bez żadnej nuty zapachowej. Więc nie musiałam się długo przekonywać do tych kosmetyków.
1. Oliwka ma zapach naturalnych olei, głównie wyczułam słonecznik. Pięknie natłuszcza skórę, sprawdza się szczególnie w kąpieli. Jest wydajna, wystarczy kilka kropli do wody zamiast płynu.
2. Szampon i płyn do kąpieli w jednym, ja używałam tylko do włosów. Delikatnie się pieni, ma słodkawy zapach, dobrze się zmywa. Włoski są lekkie i nie puszą się.
3. Krem na odparzenia szybko niweluje podrażnienia. Ma sporo cynku co można uznać za jego wadę, ale i zaletę. Co prawda moja córka nigdy nie miała odparzeń, i krem używaliśmy okazjonalnie, więc nie wiem jak działa "w akcji".
4. Krem do twarzy ma dość ciężką konsystencję, ale myślę że to zaleta w przypadku kremu ochronnego, nie ściera się po byle dotknięciu twarzy.
5. Balsam nawilżający ma lekką konsystencję. Dobrze nawilża i nie pozostawia skóry tłustej.
6. Balsam na rozstępy również posiada naturalny, specyficzny zapach. Ma przyjemną konsystencję, dobrze się wchłania. Po takiej ilości trudno ocenić efekty.
7. Krem do rąk dla odmiany ma dość intensywny zapach trawy cytrynowej. Szybko się wchłania i delikatnie nawilża.
Reasumując, kosmetyki bardzo fajne - dobre składy, skuteczne. Dla małego dziecka to naprawdę dobra propozycja. Jedynie co może odstraszać to cena. Testowałam je z dużą przyjemnością.
Sobota + Fajny gadżet
Dziś sobota... Moje dziecko i mąż śpią smacznie obok na łóżku. W większości domów sobota jest dniem prac domowych, sprzątania. Ale nie u nas. Wszystkie te rzeczy staramy się zrobić wcześniej, zostawiając konieczne minimum. Sobota to dzień relaksu, spędzania wspólnie czasu. Rano nie trzeba się zrywać bladym świtem, wylegujemy się długo, potem wspólne śniadanie, kawa zbożowa. Mamy czas żeby razem pobawić się z dzieckiem, nacieszyć nim, pogadać o czymś innym niż praca... A teraz ja mam czas dla siebie. Niedziela już taka nie jest, zwykle gdzieś jedziemy, albo ktoś odwiedza nas, nie ma bezkarnego wylegiwania się w łóżku, a wieczorem długiego oglądania filmów. Dlatego byle do soboty.
Fajny gadżet.
Trzymając Małą na rękach jadłam śliwki, kiedy zorientowała się, że coś smacznego jej umyka zaczęła rzewnie płakać. Łzy jak grochy spływały po policzkach. Ok,ok - nie płacz już - powiedziałam i podałam śliwkę do polizania. Ale polizać to za mało, poczułam jak owoc wyślizguje mi się z palców. O nie! Jesteś za mała - oburzyłam się i odebrałam śliwkę. Reakcji można się było spodziewać - płacz, histeria, łzy. W tej samej chwili przypomniałam sobie o fajnym gadżecie - siatce do podawania pokarmów. Szybko wyjęłam z szafki, dobrze że wcześniej ją wyparzyłam. Wpakowałam śliwkę w siatkę i podałam Małej. Jaka była jej radość - mlaskała, lizała, ssała z taką pasją, aż miło było popatrzeć. A kiedy się skończyło zaczęła wymachiwać pustą siatką i krzyczeć zdenerwowana! Dostała więc jeszcze odrobinę. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak wyglądała po całej akcji - śliwka była nawet na jej czole, ale pasja z jaką odkrywała nowy smak, nowy sposób jedzenia - bezcenny. Polecam taką siatkę, szczególnie dla mam młodszych dzieci, lub tych które boją się, że dziecko zadławi się większym kawałkiem. A wygląda to tak:
Wiem, że niektóre modele ciężko się myją. Ja swoją siateczkę czyszczę pod bieżącą wodą, delikatnie szorując szczotką do butelek (ma miękkie włosie). Oczywiście trzeba pamiętać żeby zabezpieczyć ubranko i nie zakładać tego wyjściowego, bo mimo że przysmak znajduje się w siatce to i tak skutecznie brudzi się wszystko wkoło. Do takiego gryzaka nadają się miękkie owoce i warzywa - dojrzałe jabłka, śliwki, brzoskwinie, gotowana marchew, awokado, itd. Oczywiście najlepiej bez skóry, która i tak nie przejdzie, ale zablokuje otworki i może budzić frustrację.
Fajny gadżet.
Trzymając Małą na rękach jadłam śliwki, kiedy zorientowała się, że coś smacznego jej umyka zaczęła rzewnie płakać. Łzy jak grochy spływały po policzkach. Ok,ok - nie płacz już - powiedziałam i podałam śliwkę do polizania. Ale polizać to za mało, poczułam jak owoc wyślizguje mi się z palców. O nie! Jesteś za mała - oburzyłam się i odebrałam śliwkę. Reakcji można się było spodziewać - płacz, histeria, łzy. W tej samej chwili przypomniałam sobie o fajnym gadżecie - siatce do podawania pokarmów. Szybko wyjęłam z szafki, dobrze że wcześniej ją wyparzyłam. Wpakowałam śliwkę w siatkę i podałam Małej. Jaka była jej radość - mlaskała, lizała, ssała z taką pasją, aż miło było popatrzeć. A kiedy się skończyło zaczęła wymachiwać pustą siatką i krzyczeć zdenerwowana! Dostała więc jeszcze odrobinę. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jak wyglądała po całej akcji - śliwka była nawet na jej czole, ale pasja z jaką odkrywała nowy smak, nowy sposób jedzenia - bezcenny. Polecam taką siatkę, szczególnie dla mam młodszych dzieci, lub tych które boją się, że dziecko zadławi się większym kawałkiem. A wygląda to tak:
Wiem, że niektóre modele ciężko się myją. Ja swoją siateczkę czyszczę pod bieżącą wodą, delikatnie szorując szczotką do butelek (ma miękkie włosie). Oczywiście trzeba pamiętać żeby zabezpieczyć ubranko i nie zakładać tego wyjściowego, bo mimo że przysmak znajduje się w siatce to i tak skutecznie brudzi się wszystko wkoło. Do takiego gryzaka nadają się miękkie owoce i warzywa - dojrzałe jabłka, śliwki, brzoskwinie, gotowana marchew, awokado, itd. Oczywiście najlepiej bez skóry, która i tak nie przejdzie, ale zablokuje otworki i może budzić frustrację.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Wspomnienie
Prawie równo rok temu (25.08.2012) na ekranie monitora usg zobaczyłam po raz pierwszy moją córeczkę. Była wielkości główki od szpilki, ale emocje które mi towarzyszyły osiągnęły szczyt. Tak nie czułam się jeszcze nigdy dotąd.
Zaraz po pracy, prawie biegiem udałam się do lekarza. Znalezienie terminu w sezonie urlopowym praktycznie z dnia na dzień graniczyło z cudem, a jednak się udało. Test i badanie krwi robiłam zaledwie dwa dni wcześniej. Wiedziałam, że usg może jeszcze nic nie pokazać, ale musiałam sprawdzić, musiałam mieć pewność. Do gabinetu dobiegłam na długo przed ustaloną godziną, dobrze, miałam szansę ochłonąć, uspokoić serce. Doktor był nieco zdziwiony kiedy usłyszał o jakiej "ciąży" mówię, więc pokazałam badanie krwi. Chyba zobaczył determinację w moich oczach, ocenił badanie i zaprosił na usg. Wysoko przed sobą miałam monitor, mrużyłam oczy żeby cokolwiek dojrzeć. Doktor oglądał, zaznaczał, zapisywał. Od wpatrywania się w ekran oczy zaszły mi łzami. W końcu zatrzymał obraz, na szarym tle wypatrzyłam czarny punkcik, kropeczkę, "Widać jajo płodowe". Jakie jajo płodowe, doktorze to moje dziecko?! Ale jest za wcześnie by dojrzeć coś więcej... Jedna łza spłynęła mi po policzku. No tak, spodziewałam się tego, jednak gdzieś wewnątrz czułam, że to ja mam rację - to moje dziecko. Prosto z gabinetu poszłam do kościoła, chciałam się pomodlić, w ciszy poukładać sobie wszystko w głowie... Z jednej strony czułam ogromną radość, z drugiej zastanawiałam się czy to nie za wcześnie? Wyszłam z przekonaniem, że nigdy nie jest za wcześnie, że zawsze się może coś wydarzyć, więc nie warto marnować chwil, bo one już nie wrócą. Podbudowana tą myślą kupiłam skarpetki niemowlęce, by oznajmić nowinę najbliższym.
Rodzice nie posiadali się ze szczęścia, otworzyli szampana i zaczęli snuć plany, marzenia... To były cudowne chwile.
Zaraz po pracy, prawie biegiem udałam się do lekarza. Znalezienie terminu w sezonie urlopowym praktycznie z dnia na dzień graniczyło z cudem, a jednak się udało. Test i badanie krwi robiłam zaledwie dwa dni wcześniej. Wiedziałam, że usg może jeszcze nic nie pokazać, ale musiałam sprawdzić, musiałam mieć pewność. Do gabinetu dobiegłam na długo przed ustaloną godziną, dobrze, miałam szansę ochłonąć, uspokoić serce. Doktor był nieco zdziwiony kiedy usłyszał o jakiej "ciąży" mówię, więc pokazałam badanie krwi. Chyba zobaczył determinację w moich oczach, ocenił badanie i zaprosił na usg. Wysoko przed sobą miałam monitor, mrużyłam oczy żeby cokolwiek dojrzeć. Doktor oglądał, zaznaczał, zapisywał. Od wpatrywania się w ekran oczy zaszły mi łzami. W końcu zatrzymał obraz, na szarym tle wypatrzyłam czarny punkcik, kropeczkę, "Widać jajo płodowe". Jakie jajo płodowe, doktorze to moje dziecko?! Ale jest za wcześnie by dojrzeć coś więcej... Jedna łza spłynęła mi po policzku. No tak, spodziewałam się tego, jednak gdzieś wewnątrz czułam, że to ja mam rację - to moje dziecko. Prosto z gabinetu poszłam do kościoła, chciałam się pomodlić, w ciszy poukładać sobie wszystko w głowie... Z jednej strony czułam ogromną radość, z drugiej zastanawiałam się czy to nie za wcześnie? Wyszłam z przekonaniem, że nigdy nie jest za wcześnie, że zawsze się może coś wydarzyć, więc nie warto marnować chwil, bo one już nie wrócą. Podbudowana tą myślą kupiłam skarpetki niemowlęce, by oznajmić nowinę najbliższym.
Rodzice nie posiadali się ze szczęścia, otworzyli szampana i zaczęli snuć plany, marzenia... To były cudowne chwile.
wtorek, 27 sierpnia 2013
Nowa dieta
Rozszerzanie diety malucha zwykle budzi wiele emocji wśród rodziców. Internet, poradniki pękają w szwach od rozmaitych, często sprzecznych informacji na temat tego co, jak i kiedy. Lekarze również mają odmienne zdania - jedni zgodni są z nowym nurtem, inni zalecają stary. Młodzi rodzice często czują się zagubieni i nie bardzo wiedzą jak się za ten temat zabrać.
Przyznaję, że moje rozszerzanie diety budzi oburzenie wśród rodziców - bo za szybko, za wcześnie, niepotrzebnie. Taką decyzję podjęłam po konsultacji z Pediatrą, która uznała że moje dziecko jest już gotowe, po za tym rozwiąże to pewnie problem kup (które są raz na tydzień lub rzadziej), oraz przygotuje Małą do pełnego jedzenia gdyby moje piersi odmówiły współpracy.
Do tematu się przygotowałam, zgłębiłam literaturę nie tylko rodzimą, ale i zagraniczną. Uważam, że decyzja była słuszna, bo córka rozsmakowuje się w nowych rzeczach, wszystko jej smakuje. Do przygotowywania warzyw i owoców podchodzę bardzo skrupulatnie, podaję tylko swojskie produkty, albo od znanych mi rolników.
Jednak wiem, że nie każdy podchodzi do żywienia niemowląt z taką wiedzą. Wiele razy słyszałam jak mamy faszerują swoje maluchy cukrem pod postacią kaszek smakowych i deserków. Z warzyw króluje marchew, ale to jednak za mało dla dziecka. Dieta zwykle jest pełna cukru, monotematyczna, uboga w jarzyny, a pełna niemowlęcego fast foodu, czyli wszystkich błyskawicznych kaszek. Słyszałam również, że kasza bezglutenowa to kasza bez wartości, a przecież jest zupełnie odwrotnie. Kasze bezglutenowe to m.in. królowa kasz - jaglana, czy gryczana, które są bardzo wskazane dla małych dzieci. Natomiast glutenowa manna, którą rodzice faszerują swoje pociechy, nie niesie ze sobą nic, po za glutenem.
Również temat dobrych tłuszczów, które są obowiązkowym dodatkiem do posiłku niemowlaka, schodzi na dalszy plan i słyszy się głównie o maśle. A przecież mamy tyle fantastycznych olei tłoczonych na zimno. Na początek najlepszy będzie rzepakowy, słonecznikowy, a potem z wiekiem można wprowadzać dyniowy, lniany, konopny, itd. Dodatek oleju do zupki pozwala rozpuścić się, a potem wchłonąć witaminom A, D, E i K, stanowi źródło minerałów i mikroelementów oraz sprawia, że jelita lepiej funkcjonują.
Pamiętajmy, że nawyki żywieniowe, które teraz nabiorą nasze pociechy będą procentowały w przyszłości, więc zapewnijmy im zdrowy start w dorosłe życie.
Przyznaję, że moje rozszerzanie diety budzi oburzenie wśród rodziców - bo za szybko, za wcześnie, niepotrzebnie. Taką decyzję podjęłam po konsultacji z Pediatrą, która uznała że moje dziecko jest już gotowe, po za tym rozwiąże to pewnie problem kup (które są raz na tydzień lub rzadziej), oraz przygotuje Małą do pełnego jedzenia gdyby moje piersi odmówiły współpracy.
Do tematu się przygotowałam, zgłębiłam literaturę nie tylko rodzimą, ale i zagraniczną. Uważam, że decyzja była słuszna, bo córka rozsmakowuje się w nowych rzeczach, wszystko jej smakuje. Do przygotowywania warzyw i owoców podchodzę bardzo skrupulatnie, podaję tylko swojskie produkty, albo od znanych mi rolników.
Jednak wiem, że nie każdy podchodzi do żywienia niemowląt z taką wiedzą. Wiele razy słyszałam jak mamy faszerują swoje maluchy cukrem pod postacią kaszek smakowych i deserków. Z warzyw króluje marchew, ale to jednak za mało dla dziecka. Dieta zwykle jest pełna cukru, monotematyczna, uboga w jarzyny, a pełna niemowlęcego fast foodu, czyli wszystkich błyskawicznych kaszek. Słyszałam również, że kasza bezglutenowa to kasza bez wartości, a przecież jest zupełnie odwrotnie. Kasze bezglutenowe to m.in. królowa kasz - jaglana, czy gryczana, które są bardzo wskazane dla małych dzieci. Natomiast glutenowa manna, którą rodzice faszerują swoje pociechy, nie niesie ze sobą nic, po za glutenem.
Również temat dobrych tłuszczów, które są obowiązkowym dodatkiem do posiłku niemowlaka, schodzi na dalszy plan i słyszy się głównie o maśle. A przecież mamy tyle fantastycznych olei tłoczonych na zimno. Na początek najlepszy będzie rzepakowy, słonecznikowy, a potem z wiekiem można wprowadzać dyniowy, lniany, konopny, itd. Dodatek oleju do zupki pozwala rozpuścić się, a potem wchłonąć witaminom A, D, E i K, stanowi źródło minerałów i mikroelementów oraz sprawia, że jelita lepiej funkcjonują.
Pamiętajmy, że nawyki żywieniowe, które teraz nabiorą nasze pociechy będą procentowały w przyszłości, więc zapewnijmy im zdrowy start w dorosłe życie.
piątek, 23 sierpnia 2013
Jak śpi?
Kiedy na świat przychodzi dziecko, zwłaszcza pierworodne każdy ma całą masę pytań do rodziców. Nawet ja, mimo wrednego charakteru, na wszystkie pytania grzecznie odpowiadam. Ba! Nawet lubię opowiadać o moim dziecku (jak każda mama). Ale jest temat, którego nie znoszę, który powoduję że się cała gotuję, że muszę liczyć do 10, albo nawet 15 żeby nie warknąć. Chodzi oczywiście o SEN. Pytania "a jak śpi?", "a ile śpi?", "o której się budzi?", "ile razy wstaje?", itd. Ludzie, to jest niemowlak, śpi jak niemowlak. Jak na niemowlaka przystało budzi się w nocy, a czasem nie, czasami płacze, a innym razem śpi spokojnie. Większość w swoim życiu zetknęła się z malutkim dzieckiem i wie, że są różne sytuacje, ale jednak większość maluchów nie przesypia nocy, szczególnie tych na cycu. Więc po co pytać, po co drążyć? Jaka to różnica? Będę chciała powiedzieć, powiem, ale skoro milczę to może zwyczajnie nie ma o czym mówić. Może to głupie, czy śmieszne, ale ilekroć pewna osoba z najbliższego otoczenia spyta o sen, tyle razy moje dziecko przestaje spać przyzwoicie. Już prosiliśmy, by nie pytać, odmawialiśmy odpowiedzi, a ona ciągle drąży. Czy dorośli pytają siebie wzajemnie "o której chodzisz spać?", "ile razy wstajesz do toalety?", "pijesz jak się obudzisz?, a może jesz?". Nie pytają, bo to jakaś sfera prywatności, więc dlaczego pozbawiać jej dziecka i rodziców. Nie mam sińców pod oczami, nie podsypiam na spotkaniach towarzyskich, ani w kościele na kazaniu, jestem wyspana to chyba o czymś świadczy. Jednak mimo to ciągle znajdzie się ktoś kto koniecznie musi zapytać, wkurzając mnie okrutnie. Dlatego jeśli w otoczeniu ktoś ma rodziców z maleńkim dzieckiem proszę spojrzeć na matkę i nie pytać...
czwartek, 22 sierpnia 2013
Karmię piersią
Karmienie piersią jest tematem wielu dyskusji w sieci i w życiu codziennym, szczególnie przyszłych i młodych rodziców. Jedne mamy chcą i uwielbiają karmić piersią, inne karmią bez entuzjazmu, a jeszcze inne świadomie z tego rezygnują. I umówmy się żadna z tych mam nie jest gorsza od pozostałych - wbrew obiegowym opiniom.
Zanim na świat przyszła M. wiele myślałam o tym jak to będzie z karmieniem, bardzo chciałam by była to pierś. Byłam przygotowana na wszelkie niedogodności z tym związane - poranione brodawki, zastój, nawał, itd. Zabezpieczona po zęby w arsenał wkładek laktacyjnych (jedno i wielorazowych), muszli, butelek, woreczków na mleko, itd., czekałam na dzień porodu. Miałam przećwiczone pozycje i techniki - nic tylko przystawiać. Tak też się stało, M. przyszła na świat, przystawiłam, a ona ładnie chwyciła. Z poranionymi brodawkami i kilkoma siniakami dawałam radę. O dziwo nie miałam nawału, zastoju, a z piersi kompletnie nic nie kapało pomiędzy karmieniami. Super, myślałam, tylko się cieszyć. Sielanka trwała do chwili kiedy usłyszałam, że córka za mało przybiera. Jak to za mało? Przecież daję jej najlepsze co mam... Potem była jakaś kłótnia domowa. W tych dniach M. zrobiła się marudna, płaczliwa, nie wiedziałam co mam z nią robić. Gdzieś po głowie chodziła myśl, że może być głodna... Ale jak to głodna? Przecież daję jej pierś, nie ma czegoś takiego jak niewartościowe mleko mamy, czy jest go za mało. "Mleka jest zawsze tyle co powinno i takie jak powinno być" czytałam w mądrych poradnikach i słyszałam od położnych. Masz mało mleka? "Więcej przystawiaj", posłusznie karmiłam niemal 24/7 i jeszcze więcej przystawiaj... Przystawiałam. A dziecko wciąż płacze, rzuca się przy piersi, wije... Po kolejnym przepłakanym poranku miałam dość! Zdesperowana przygotowałam mieszankę. Podawałam jej kieliszkiem, a ona łapczywie piła. Ona jadła, a ja płakałam jak bóbr "co ze mnie za matka"... Po wypiciu 30ml oderwała się od kieliszka, spojrzała na mnie i z zadowoleniem wtuliła w ramiona. Przestała płakać! Więc jednak... Zaczęłam szukać pomocy, bo przecież ja chcę, ja MUSZĘ karmić piersią. Pierwsze pojawiły się głosy - dokarmianie to pierwszy krok do zaprzestania karmienia, potem rady "myśl pozytywnie - mam mleko, mam mleko" i kontrrady "nie myśl mam mleko, tylko że jakoś to będzie, nie spinaj się tak"... Oraz zewsząd piorunujące mnie hasła - mleko matki najlepsze, karmienie piersią jedyna słuszna droga. Byłam załamana. Wokół każdy wiedział lepiej co mam myśleć, co czuć. A piersi były wciąż puste, albo prawie puste. Dokarmiałam w tajemnicy, wstydząc się nawet przed samą sobą. Sfrustrowana i wściekła nie wiedziałam co robić. Aż któregoś dnia powiedziałam sobie - dość! W czym jestem niby gorszą matką od tych, które karmią tylko piersią, albo w czym lepszą od tych butelkowych? Kto wymyślił, że miłość wyraża się przez karmienie? Że więź buduje się tylko przy cycu? Przecież to nie prawda! Znam tysiące innych metod by wyrazić moje uczucia i budować pozytywne relacje z dzieckiem. Zrozumiałam, że chcę karmić piersią, ale nie muszę, że zrobię wszystko by wspomóc laktację, ale nie za wszelką cenę. Zaczęłam od babcinych sposobów i grzałam piersi (przydało się naręcze wkładek), piłam bawarkę (podobno nie działa), herbatkę ziołową, masowałam też piersi. A przede wszystkim zmieniłam nastawienie. Nie słuchałam wszechwiedzących matek zdeterminowanych na pierś, domorosłych doradców laktacyjnych, położnej, lekarza. Wsłuchałam się w siebie. Przestałam się wstydzić codziennych butelek, przestałam nad nimi płakać i zaakceptowałam je. I wiecie co się stało? Mleka w piersiach przybyło, powoli, po cichu, odpadały kolejne mililitry sztucznego, kolejne butelki... Waga dziecka zaczęła iść regularnie w górę, M. była zadowolona, dużo się śmiała.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo być może jakaś mama jak ja będzie szukać pomocy w sieci. Ja jej nie znalazłam... Nie znalazłam wsparcia, ani dobrej rady. Nigdzie nikt nie porusza tematu karmienia mieszanego w sposób jasny, klarowny i bez wstydu. Jak suplementować witaminy? Kiedy dopajać, jak rozszerzać dietę?
Witaminy zawsze przeliczałam. Jeśli w danym dniu było więcej butelki nie dawałam już witaminy K, jeśli chodzi o D, w moim sztucznym mleku była śladowa ilość, więc dawałam. Dokarmiałam w schemacie najpierw pierś do opróżnienia, potem mieszanka do syta i nie dopajałam niczym innym. Wybór butelki padł na Medelę, model Calma i nie żałuję wydanych pieniążków.
Karmienie piersią to nie same plusy, jak zwykło się wszędzie mówić. Są też czarne strony, o których nie mówi się, bo nie wypada, bo po co straszyć... Karmię świadomie, nie boję się mówić, że wkurza mnie szybsze wracanie ze spaceru, czy szukanie ustronnego miejsca, bo nagle dziecku chce się pić. Wkurza mnie, że muszę sobie odmawiać fasoli szparagowej, choć sezon w pełni. Niewiele brakowało a laktacja przyczyniłaby się depresji u mnie i poważnego rozłamu w związku. A jednak, nie żałuję. Dzięki temu poznałam swój organizm, wiem że najmniejszy stres odbiera mi pokarm, że piersi nie napełniają się tak szybko i nie dostosowują tak jak innych mam. Dlatego doceniam każdy dzień, każdą chwilę kiedy mała spokojnie "cycusiuje" wtulona we mnie.
Zanim na świat przyszła M. wiele myślałam o tym jak to będzie z karmieniem, bardzo chciałam by była to pierś. Byłam przygotowana na wszelkie niedogodności z tym związane - poranione brodawki, zastój, nawał, itd. Zabezpieczona po zęby w arsenał wkładek laktacyjnych (jedno i wielorazowych), muszli, butelek, woreczków na mleko, itd., czekałam na dzień porodu. Miałam przećwiczone pozycje i techniki - nic tylko przystawiać. Tak też się stało, M. przyszła na świat, przystawiłam, a ona ładnie chwyciła. Z poranionymi brodawkami i kilkoma siniakami dawałam radę. O dziwo nie miałam nawału, zastoju, a z piersi kompletnie nic nie kapało pomiędzy karmieniami. Super, myślałam, tylko się cieszyć. Sielanka trwała do chwili kiedy usłyszałam, że córka za mało przybiera. Jak to za mało? Przecież daję jej najlepsze co mam... Potem była jakaś kłótnia domowa. W tych dniach M. zrobiła się marudna, płaczliwa, nie wiedziałam co mam z nią robić. Gdzieś po głowie chodziła myśl, że może być głodna... Ale jak to głodna? Przecież daję jej pierś, nie ma czegoś takiego jak niewartościowe mleko mamy, czy jest go za mało. "Mleka jest zawsze tyle co powinno i takie jak powinno być" czytałam w mądrych poradnikach i słyszałam od położnych. Masz mało mleka? "Więcej przystawiaj", posłusznie karmiłam niemal 24/7 i jeszcze więcej przystawiaj... Przystawiałam. A dziecko wciąż płacze, rzuca się przy piersi, wije... Po kolejnym przepłakanym poranku miałam dość! Zdesperowana przygotowałam mieszankę. Podawałam jej kieliszkiem, a ona łapczywie piła. Ona jadła, a ja płakałam jak bóbr "co ze mnie za matka"... Po wypiciu 30ml oderwała się od kieliszka, spojrzała na mnie i z zadowoleniem wtuliła w ramiona. Przestała płakać! Więc jednak... Zaczęłam szukać pomocy, bo przecież ja chcę, ja MUSZĘ karmić piersią. Pierwsze pojawiły się głosy - dokarmianie to pierwszy krok do zaprzestania karmienia, potem rady "myśl pozytywnie - mam mleko, mam mleko" i kontrrady "nie myśl mam mleko, tylko że jakoś to będzie, nie spinaj się tak"... Oraz zewsząd piorunujące mnie hasła - mleko matki najlepsze, karmienie piersią jedyna słuszna droga. Byłam załamana. Wokół każdy wiedział lepiej co mam myśleć, co czuć. A piersi były wciąż puste, albo prawie puste. Dokarmiałam w tajemnicy, wstydząc się nawet przed samą sobą. Sfrustrowana i wściekła nie wiedziałam co robić. Aż któregoś dnia powiedziałam sobie - dość! W czym jestem niby gorszą matką od tych, które karmią tylko piersią, albo w czym lepszą od tych butelkowych? Kto wymyślił, że miłość wyraża się przez karmienie? Że więź buduje się tylko przy cycu? Przecież to nie prawda! Znam tysiące innych metod by wyrazić moje uczucia i budować pozytywne relacje z dzieckiem. Zrozumiałam, że chcę karmić piersią, ale nie muszę, że zrobię wszystko by wspomóc laktację, ale nie za wszelką cenę. Zaczęłam od babcinych sposobów i grzałam piersi (przydało się naręcze wkładek), piłam bawarkę (podobno nie działa), herbatkę ziołową, masowałam też piersi. A przede wszystkim zmieniłam nastawienie. Nie słuchałam wszechwiedzących matek zdeterminowanych na pierś, domorosłych doradców laktacyjnych, położnej, lekarza. Wsłuchałam się w siebie. Przestałam się wstydzić codziennych butelek, przestałam nad nimi płakać i zaakceptowałam je. I wiecie co się stało? Mleka w piersiach przybyło, powoli, po cichu, odpadały kolejne mililitry sztucznego, kolejne butelki... Waga dziecka zaczęła iść regularnie w górę, M. była zadowolona, dużo się śmiała.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo być może jakaś mama jak ja będzie szukać pomocy w sieci. Ja jej nie znalazłam... Nie znalazłam wsparcia, ani dobrej rady. Nigdzie nikt nie porusza tematu karmienia mieszanego w sposób jasny, klarowny i bez wstydu. Jak suplementować witaminy? Kiedy dopajać, jak rozszerzać dietę?
Witaminy zawsze przeliczałam. Jeśli w danym dniu było więcej butelki nie dawałam już witaminy K, jeśli chodzi o D, w moim sztucznym mleku była śladowa ilość, więc dawałam. Dokarmiałam w schemacie najpierw pierś do opróżnienia, potem mieszanka do syta i nie dopajałam niczym innym. Wybór butelki padł na Medelę, model Calma i nie żałuję wydanych pieniążków.
Karmienie piersią to nie same plusy, jak zwykło się wszędzie mówić. Są też czarne strony, o których nie mówi się, bo nie wypada, bo po co straszyć... Karmię świadomie, nie boję się mówić, że wkurza mnie szybsze wracanie ze spaceru, czy szukanie ustronnego miejsca, bo nagle dziecku chce się pić. Wkurza mnie, że muszę sobie odmawiać fasoli szparagowej, choć sezon w pełni. Niewiele brakowało a laktacja przyczyniłaby się depresji u mnie i poważnego rozłamu w związku. A jednak, nie żałuję. Dzięki temu poznałam swój organizm, wiem że najmniejszy stres odbiera mi pokarm, że piersi nie napełniają się tak szybko i nie dostosowują tak jak innych mam. Dlatego doceniam każdy dzień, każdą chwilę kiedy mała spokojnie "cycusiuje" wtulona we mnie.
środa, 21 sierpnia 2013
Wprowadzenie
Zwykle pierwszy post na blogu odnosi się do motywacji pisania. Bywa, że o utworzeniu bloga decydują ważne, przełomowe momenty w życiu, takie jak zajście w ciążę, narodziny dziecka, czy temu podobne. Pod tym względem mój blog nie różni się od pozostałych. Tyle, że moje dziecko przyszło na świat 4 miesiące 2 tygodnie i 4 dni temu. Co się, więc wydarzyło, zmieniło? Tyle czasu zajęło mi by poczuć się mamą. Taką mamą przez duże M. Dopiero teraz czuję, że nic nie muszę, a to co robię jest spontaniczne i sprawia mi przyjemność. Czas, który spędzam z dzieckiem nie jest tylko obowiązkiem, jest radosnym spełnieniem.
Podobno kobieta odczuwa instynkt macierzyński najpóźniej po porodzie... Albo to nie jest prawda, albo jestem jakimś wybrakowanym elementem. Nie wiem, ale u mnie tak to nie zadziałało. Oczywiście pojawiła się miłość, przywiązanie, ale i jakaś presja, przymus. Dziś osiągnęłam całkowity spokój, harmonię i szczęście, czuję się spełniona w macierzyństwie.
O czym będzie blog? O mnie, o nas, o naszych problemach, ale i radościach, o doświadczeniu, które zdobywam każdego dnia. Zapraszam do mojego świata.
Podobno kobieta odczuwa instynkt macierzyński najpóźniej po porodzie... Albo to nie jest prawda, albo jestem jakimś wybrakowanym elementem. Nie wiem, ale u mnie tak to nie zadziałało. Oczywiście pojawiła się miłość, przywiązanie, ale i jakaś presja, przymus. Dziś osiągnęłam całkowity spokój, harmonię i szczęście, czuję się spełniona w macierzyństwie.
O czym będzie blog? O mnie, o nas, o naszych problemach, ale i radościach, o doświadczeniu, które zdobywam każdego dnia. Zapraszam do mojego świata.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


.jpg)