No i doczekałam się! Nagle moje dziwactwa przestały być "aż" tak bulwersujące, a koleżanki patrzą z zazdrością na moje dziecko, które nie interesuje się telewizją, samodzielnie pije z kubeczka, czy nie grymasi przy jedzeniu warzyw. Teraz pojawiają się pytania, jak do tego doszłam i czy jeszcze da się coś zrobić jeśli ktoś postępował inaczej... Oczywiście, że się da! Choć to bardzo trudne. Ale naprawdę zawsze można i nigdy nie jest za późno by zmienić swoje życie na lepsze.
Od czego zacząć? Hmmm, skoro mamy sezon to może od domowych przetworów? U mnie w piwnicy stoją już tegoroczne musy truskawkowe, jagody w sosie własnym, maliny, musy jabłkowe, śliwkowe, śliwkowo-jagodowe. A dla dorosłego podniebienia powidła truskwkowe, jagodowe i czekośliwka. To naprawdę nic trudnego. Warto rozjerzeć się dookoła, bo może ktoś ma na zbyciu skrzynkę owoców, albo chętnie odda owoce komuś kto sobie je zbierze. Ja właśnie w ten sposób pozyskuję produkty do przetworów. Wyjątek stanowią jagody, które kupuję u miejscowej kobiety. Część owoców mam też ze swojej działki, ale to naprawdę niewiele.
Musy dla malucha warto po krótkim gotowaniu zblendować i przetrzeć przez sito. Dzięki temu papka się napowietrzy, jest delikatna i lekka. Nie warto pozbywać się skórek, bo zwykle są najcenniejszym źródłem witamin, po za tym mają w sobie pektyny, które w naturalny sposób zagęszczają musy, czy powidła.
Jeśli przetwory wydają się mało słodkie można je dosłodzić daktylami lub np. bananami. Wzbogaci to smak, ale pamiętajmy że malucha warto przyzwyaczajać do naturalnego smaku, również kwaśnego.
Zagotowany, zblendowany, przetarty (bądź nie) mus pakuję w czyste słoiczki. W pierwszym roku wyparzałam słoiki w piekarniku, a pokrywki gotowałam. Tym razem z tego zrezygnowałam, a jedynie myję wszystko gorącą wodą. Słoiczki mam o pojemności 250ml, 220ml, 190ml, oraz mniejsze (choć te przydały mi się tylko jak Magda była malutka i zaczynała swoją przygodę z jedzeniem), kupowane nowe, jak i pozyskiwane z przecieru pomidorowego. Musy zawsze pasteryzuję w piekarniku - 140 stopni przez minimum godzinę.
W ten sposób przygotowane przetwory leżakują w piwnicy. Potem stanowią dodatek do codziennej kaszy, albo stanowią owocowy posiłek sam w sobie.
Polecam, bo sezon w pełni! I kończę, bo właśnie "pyrka" mi na gazie gar śliwek :)
środa, 23 lipca 2014
piątek, 18 lipca 2014
Niewierna...
Podziwiam Mamy, które z zapałem dbają o swoje blogi niczym o własne dzieci... Ja jestem zdecydowanie niewierną blogerką, o ile w ogóle mogę o sobie tak mówić...
Ostatni czas przyniósł wiele zmian w naszym życiu, to też i czasu zabrakło. Ale od początku - poszłam, bo nie wróciłam do pracy. W ostatniej chwili zdecydowałam się zmienić miejsce zatrudnienia. Moja wcześniejsza praca - bardzo ambitna i zdecydowanie mocno czasochłonna, nie do końca mi odpowiadała, ze względu na czekające na mnie w domu dziecko. Teraz jest całkiem spokojnie, bardzo regularnie jeśli chodzi o godziny i dużo bliżej domu. Ze zmiany jestem wobec tego zadowolona. Jedynym minusem jest to, że Pracodawca wymaga ode mnie skończenia dodatkowych studiów, więc od października "witaj studenckie życie" ;) Po za tym skończyłam szkołę, którą robiłam pod poprzedniego pracodawcę, złożyłam egzamin zawodowy i czekam na wyniki. Udało nam się nagrać Nianię w ramach programu unijnego "Powrót do zatrudnienia" i gmina nam dopłaca za opiekę nad Magdą. Koszmarna organizacja programu, ale ogólny cel naprawdę fajny.
Jeśli chodzi o Magdę, to jestem w szoku ile takie 15 miesięczne dziecko rozumie i potrafi. Bawi się lalkami, wózkiem oraz kuchenką, którą zrobiliśmy jej z mężem (pewnie niebawem pochwalę się jej zdjęciami, bo oboje jesteśmy mega dumni). Fajnie sobie radzi z samodzielnym jedzeniem sztućcami, kubek - to już dawno nie nowość. Generalnie Magda ma wieczną gastrofazę ;) No i powoli się "zazębiamy" ;) Kilka dni temu wyszły nam dwójki górne, choć jedynek wciąż brak. Powoli to idzie, ale za to bezboleśnie!
Szczepienie MMR odwlekamy i jak na razie nikt nas nie ściga :)
No to by było na tę chwilę wszystko, nie obiecuję, ale postaram się być bardziej wierna ;)
piątek, 2 maja 2014
Dziwactwo kulinarne, część 2
Wczoraj przekonałam się po raz kolejny, że jesteśmy inni... Podczas wizyty u znajomych zaszokowaliśmy ich tym, że Magda "nie je danonków, nie pije soczków, a może chociaż je biszkopty?". Nas już chyba nic nie zaskoczy...
Gluten. Co to jest i z czym się to je nie będę nikomu tłumaczyć. Z pewnością jego obecność w diecie malucha jest kontrowersyjna. Bo z jednej strony w 4 miesiącu zalecają podać, z drugiej do 6 karmić wyłącznie piersią. I bądź tu matko mądra. My tego problemu nie mieliśmy, bo po pierwsze dietę rozszerzyliśmy wcześniej, mimo karmienia piersią, a po drugie zrezygnowaliśmy z glutenu, aż do 1 urodzin.
Tak zaleciła nasza Pani Doktor, tak zaleca wielu naukowców. A z teorii 4 miesiąca co raz więcej osób się wycofuje. Gluten wszak nic specjalnego ze sobą nie niesie. W zasadzie nawet ja sama sobie go ograniczam i jest mi z tym dobrze.
A jak to wyszło w praktyce? Pewnie, że czasem wpadła w Małe Rączki skórka od chleba, ale nic po za tym. Bez glutenu jest jaglanka, kasza gryczana, ryż, komosa, amarantus, kasza kukurydziana, więc jest w czym wybierać. Nie mają go ani warzywa, ani owoce, czy jaja. Dlatego nie stanowiło to dla nas problemu.
Praktycznie od narodzin gdzieś z boku cały czas słuchałam - "jest głodna, daj jej butlę, o jakie głodne maleństwo, dokarm ją..." Wierzyłam, że kiedy dziecko podrośnie te komentarze się skończą. W jakim byłam błędzie... Żyjemy w społeczeństwie, które (pomijając nieliczne przypadki) przekarmia swoje dzieci, podajemy całą masę przekąsek, chrupki, soki, które też stanowią posiłek i wciskamy jedzenie do oporu, albo i krok dalej. U nas w domu tego nie praktykujemy. Magda je tyle, na ile ma ochotę, nie zależnie czy jest to 3 łyżeczki, czy zupa z dokładką. Jeśli nie chce, nie je, ale nie dostaje też zamiennika (o jak często słyszę "nie chcesz zupki? A bananka?"). Zwykle wtedy uwiesza się za jakiś czas na cycu, albo ze smakiem zjada kolejny posiłek. Tego jednak nie widać od razu, a ja słyszę "zrób jej samolot leci, to zje więcej", "włączę telewizor, to może zje", "dodaj tam cukru/soli to będzie smaczniejsze"... U nas w domu jemy w kuchni, my przy stole, Madzia w swoim krzesełku. Nikt nikogo nie zabawia, by za wszelką cenę zjeść choć jeden kęs. Choć oczywiście bawimy się jedzeniem, śmiejemy, ale odmowa jest sygnałem - koniec posiłku. Nie ma namawiania, proszenia, czy szantażowania, bo i z takimi praktykami się spotkałam.
Z dzieciństwa pamiętam moją mamę uganiającą się za moją siostrą z talerzem zupy, z kromką chleba. Karmiła ją na bajkach, w oknie, w kąpieli, byle tylko przemycić jej jedzenie. Po co? Nie wiem właściwie, bo siostra była zdrowym, dobrze rozwijającym się Strusiem Pędziwiatrem. Z resztą do dziś ma figurę modelki.
Po za tym przy jedzeniu w naszym domu można się brudzić :) Madzia nie akceptuje śliniaka i nie zmuszamy jej do niego. Wybrudzi się? Trudno! Po prostu do jedzenia nie ubieramy jej w najlepsze ubranka. Szafa córki pęka w szwach, więc gdy kilka sztuk ubędzie (bo nie spiorą się plamy) wielkiego problemu nie będzie. Oczywiście do kisielu zasiada golutka, bo taki ciepły kisiel na ciałku to całkiem przyjemna sprawa. Kisiel mamy domowy, na swoim soku, z owocami, bez cukru, oczywiście :)
Gluten. Co to jest i z czym się to je nie będę nikomu tłumaczyć. Z pewnością jego obecność w diecie malucha jest kontrowersyjna. Bo z jednej strony w 4 miesiącu zalecają podać, z drugiej do 6 karmić wyłącznie piersią. I bądź tu matko mądra. My tego problemu nie mieliśmy, bo po pierwsze dietę rozszerzyliśmy wcześniej, mimo karmienia piersią, a po drugie zrezygnowaliśmy z glutenu, aż do 1 urodzin.
Tak zaleciła nasza Pani Doktor, tak zaleca wielu naukowców. A z teorii 4 miesiąca co raz więcej osób się wycofuje. Gluten wszak nic specjalnego ze sobą nie niesie. W zasadzie nawet ja sama sobie go ograniczam i jest mi z tym dobrze.
A jak to wyszło w praktyce? Pewnie, że czasem wpadła w Małe Rączki skórka od chleba, ale nic po za tym. Bez glutenu jest jaglanka, kasza gryczana, ryż, komosa, amarantus, kasza kukurydziana, więc jest w czym wybierać. Nie mają go ani warzywa, ani owoce, czy jaja. Dlatego nie stanowiło to dla nas problemu.
Praktycznie od narodzin gdzieś z boku cały czas słuchałam - "jest głodna, daj jej butlę, o jakie głodne maleństwo, dokarm ją..." Wierzyłam, że kiedy dziecko podrośnie te komentarze się skończą. W jakim byłam błędzie... Żyjemy w społeczeństwie, które (pomijając nieliczne przypadki) przekarmia swoje dzieci, podajemy całą masę przekąsek, chrupki, soki, które też stanowią posiłek i wciskamy jedzenie do oporu, albo i krok dalej. U nas w domu tego nie praktykujemy. Magda je tyle, na ile ma ochotę, nie zależnie czy jest to 3 łyżeczki, czy zupa z dokładką. Jeśli nie chce, nie je, ale nie dostaje też zamiennika (o jak często słyszę "nie chcesz zupki? A bananka?"). Zwykle wtedy uwiesza się za jakiś czas na cycu, albo ze smakiem zjada kolejny posiłek. Tego jednak nie widać od razu, a ja słyszę "zrób jej samolot leci, to zje więcej", "włączę telewizor, to może zje", "dodaj tam cukru/soli to będzie smaczniejsze"... U nas w domu jemy w kuchni, my przy stole, Madzia w swoim krzesełku. Nikt nikogo nie zabawia, by za wszelką cenę zjeść choć jeden kęs. Choć oczywiście bawimy się jedzeniem, śmiejemy, ale odmowa jest sygnałem - koniec posiłku. Nie ma namawiania, proszenia, czy szantażowania, bo i z takimi praktykami się spotkałam.
Z dzieciństwa pamiętam moją mamę uganiającą się za moją siostrą z talerzem zupy, z kromką chleba. Karmiła ją na bajkach, w oknie, w kąpieli, byle tylko przemycić jej jedzenie. Po co? Nie wiem właściwie, bo siostra była zdrowym, dobrze rozwijającym się Strusiem Pędziwiatrem. Z resztą do dziś ma figurę modelki.
Po za tym przy jedzeniu w naszym domu można się brudzić :) Madzia nie akceptuje śliniaka i nie zmuszamy jej do niego. Wybrudzi się? Trudno! Po prostu do jedzenia nie ubieramy jej w najlepsze ubranka. Szafa córki pęka w szwach, więc gdy kilka sztuk ubędzie (bo nie spiorą się plamy) wielkiego problemu nie będzie. Oczywiście do kisielu zasiada golutka, bo taki ciepły kisiel na ciałku to całkiem przyjemna sprawa. Kisiel mamy domowy, na swoim soku, z owocami, bez cukru, oczywiście :)
wtorek, 29 kwietnia 2014
Dziwactwo pieluchowe
O pieluchach już było, ale bardziej informacyjnie, a nie subiektywnie. A ponieważ ten temat wraca do mnie niczym bumerang, będzie raz jeszcze pieluchowaniu. Dlaczego to moje "dziwactwo" ? Bo na co dzień nie używam tak popularnych pampersów... I znowu najwięcej na ten temat mają do powiedzenia ci, którzy nie mają o tym bladego pojęcia. Ile to już razy słyszałam o "babraniu się w kupie", brzydkim zapachu, ogromie pracy, itp.
Kiedy ktoś słyszy "pielucha wielorazowa" myśli - tetra. Stara, biedna tetra, którą trzeba gotować, a potem godzinami prasować i składać. Po za tym, że jestem "dziwna" nie jestem masochistką
Więc tetra nie jest dla mnie, choć są mamy którym pasuje. Szkoda mi czasu na zabawę pieluchami, wolę spędzić go z córką. Na moim stosiku pieluchowym są wkłady z mikrofibry oraz otulacze. Założenie nie zabiera więcej czasu niż w przypadku jednorazówek. Mikrofibra jest super chłonna, a by Magda nie poczuła za szybko że ma mokro kładę wkładkę z polara. Polar powoduje, że wilgoć "zostaje w środku". Nie są potrzebne żadne cudy techniki, chemiczne wynalazki, żeby pupa była sucha. Ale co dalej? Jak ochronić ubranko przed zamoczeniem? Od tego jest otulacz. Uszyty na kształt pampersa, wykonany z materiału o nazwie PUL, który oddycha ale nie przepuszcza wilgoci. Zapinany na napy, wszyte ma delikatne gumki, aby wszystko trzymało się na miejscu.
Możliwości chłonne są ograniczone, to oczywiste, ale nie wyobrażam sobie trzymania dziecka w zasikanej pieluszce dłużej niż 3, 4h, nie zależnie od tego czy czuć mokre, czy nie.
Zalety wielopieluchowania, czyli dlaczego się na nie zdecydowałam:
-ekologiczne
-ekonomiczne
-ZDROWE
O ekologii słyszałałam już wiele, że to nie prawda, bo trzeba je prać, bo detergenty, bo prąd, itp. Odpowiedź jest jedna - pokażcie mi mamę używającą jednorazówki, która nie robi prania. Właśnie tak! Wkłady piorę w normalnym praniu, razem z ubraniami, dodając Nappy Fresh, czyli środka desanityzującego, bakteriobójczego i wirusobójczego. Dzięki temu moje pieluchy nie pachną, są czyste, świeże i bezpieczne. Pampersy rozkładają się setki lat, zaśmiecają środowisko, które ma być domem dla naszych dzieci, wnuków i kolejnych pokoleń.
Ekonomia nie jest sprawą, aż tak oczywistą, bo ceny pieluch wahają się od ok. 30 zł do ponad 100 zł. Można kupić również pieluchy używane w rozsądnych cenach, ale nie każdy uznaje takie rozwiązania, bo to trochę jak używana bielizna. Ja osobiście wszystkie wkłady, czyli to co jest przy pupie, mam nowe. Otulacze mam w rozmiarach uniwersalnych, czyli od początku do końca pieluchowania, a więc niewątpliwie ekonomicznie. Ale można wybrać wersję rozmiarową, co z kolei podniesie koszty.
Myślę, że warto wspomnieć, że dzieci wielopieluchowane znacznie szybciej "przesiadają" się na nocnik, gdyż są wkłady które specjalnie dają dziecku uczucie mokrego i dyskomfort. Po skończonym pieluchowaniu swój stosik można przeznaczyć dla drugiego dziecka lub sprzedać i odzyskać część pieniążków, a dobrze utrzymane pieluchy nie tracą wiele na wartości.
I na koniec, choć ten aspekt uważam za najważniejszy - zdrowie! Pieluchy wielorazowe są naturalne, nie zawierają żadnej chemii. Jednorazówki to praktycznie cała Tablica Mendelejewa, w wielu kombinacjach, bliżej nie znanych. I o to mam największy zarzut do producentów pieluch, że nie muszą i nie podają tego co, z czym i dlaczego w jednorazówkach siedzi. Co wiadomo na pewno to bielenie chlorem, sztuczne zapachy, konserwanty. Ja nie daję zgody, by najdelikatniejsze okolice ciała mojej córeczki miały z tym wszystkim kontakt. Pieluchy wielorazowe nie uczulają, nie dają podrażnień, rzadziej wywołują odparzenia. Podczas ich stosowania nie używa się kremów, ani maści na pośladki. U chłopców nie dochodzi do tak niebezpiecznego przegrzania jąder. Wielorazówki oddychają, nawet przy mokrej pieluszce nie powstaje kompres z moczu. Są przewiewne, więc nawet w lecie pupie nie jest gorąco.
Z praktycznego punktu widzenia - jak to ogarnąć? Potrzebne jest wiaderko na pranie, gdzie zbieramy pieluchy i inne brudy. "Grubsze" sprawy spłukuję bieżącą wodą lub zrzucam do kibelka, albo, jeśli to jakiś wyjątkowy gabaryt, przed praniem wkładam do pralki na płukanie. Potem wszystko razem wkładam do pralki, żel, Nappy Fresh, 40 stopni i tyle. Do wiaderka dodaję kilka kropli olejku z drzewa herbacianego, który neutralizuje zapachy.
I co? Trudno to ogarnąć?
Kiedy ktoś słyszy "pielucha wielorazowa" myśli - tetra. Stara, biedna tetra, którą trzeba gotować, a potem godzinami prasować i składać. Po za tym, że jestem "dziwna" nie jestem masochistką
Możliwości chłonne są ograniczone, to oczywiste, ale nie wyobrażam sobie trzymania dziecka w zasikanej pieluszce dłużej niż 3, 4h, nie zależnie od tego czy czuć mokre, czy nie.
Zalety wielopieluchowania, czyli dlaczego się na nie zdecydowałam:
-ekologiczne
-ekonomiczne
-ZDROWE
O ekologii słyszałałam już wiele, że to nie prawda, bo trzeba je prać, bo detergenty, bo prąd, itp. Odpowiedź jest jedna - pokażcie mi mamę używającą jednorazówki, która nie robi prania. Właśnie tak! Wkłady piorę w normalnym praniu, razem z ubraniami, dodając Nappy Fresh, czyli środka desanityzującego, bakteriobójczego i wirusobójczego. Dzięki temu moje pieluchy nie pachną, są czyste, świeże i bezpieczne. Pampersy rozkładają się setki lat, zaśmiecają środowisko, które ma być domem dla naszych dzieci, wnuków i kolejnych pokoleń.
Ekonomia nie jest sprawą, aż tak oczywistą, bo ceny pieluch wahają się od ok. 30 zł do ponad 100 zł. Można kupić również pieluchy używane w rozsądnych cenach, ale nie każdy uznaje takie rozwiązania, bo to trochę jak używana bielizna. Ja osobiście wszystkie wkłady, czyli to co jest przy pupie, mam nowe. Otulacze mam w rozmiarach uniwersalnych, czyli od początku do końca pieluchowania, a więc niewątpliwie ekonomicznie. Ale można wybrać wersję rozmiarową, co z kolei podniesie koszty.
Myślę, że warto wspomnieć, że dzieci wielopieluchowane znacznie szybciej "przesiadają" się na nocnik, gdyż są wkłady które specjalnie dają dziecku uczucie mokrego i dyskomfort. Po skończonym pieluchowaniu swój stosik można przeznaczyć dla drugiego dziecka lub sprzedać i odzyskać część pieniążków, a dobrze utrzymane pieluchy nie tracą wiele na wartości.
I na koniec, choć ten aspekt uważam za najważniejszy - zdrowie! Pieluchy wielorazowe są naturalne, nie zawierają żadnej chemii. Jednorazówki to praktycznie cała Tablica Mendelejewa, w wielu kombinacjach, bliżej nie znanych. I o to mam największy zarzut do producentów pieluch, że nie muszą i nie podają tego co, z czym i dlaczego w jednorazówkach siedzi. Co wiadomo na pewno to bielenie chlorem, sztuczne zapachy, konserwanty. Ja nie daję zgody, by najdelikatniejsze okolice ciała mojej córeczki miały z tym wszystkim kontakt. Pieluchy wielorazowe nie uczulają, nie dają podrażnień, rzadziej wywołują odparzenia. Podczas ich stosowania nie używa się kremów, ani maści na pośladki. U chłopców nie dochodzi do tak niebezpiecznego przegrzania jąder. Wielorazówki oddychają, nawet przy mokrej pieluszce nie powstaje kompres z moczu. Są przewiewne, więc nawet w lecie pupie nie jest gorąco.
Z praktycznego punktu widzenia - jak to ogarnąć? Potrzebne jest wiaderko na pranie, gdzie zbieramy pieluchy i inne brudy. "Grubsze" sprawy spłukuję bieżącą wodą lub zrzucam do kibelka, albo, jeśli to jakiś wyjątkowy gabaryt, przed praniem wkładam do pralki na płukanie. Potem wszystko razem wkładam do pralki, żel, Nappy Fresh, 40 stopni i tyle. Do wiaderka dodaję kilka kropli olejku z drzewa herbacianego, który neutralizuje zapachy.
I co? Trudno to ogarnąć?
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Dziwactwo kosmetyczne
Nie, nie martwcie się nie należę do osób, które kąpią się w sadzawce, a zęby czyszczą korzonkami
Ale faktycznie kosmetyki używam z rozwagą, szczególnie jeśli chodzi o dziecko.
Zanim Madzia przyszła na świat zrobiłam sobie rozpiskę co będzie potrzebował taki maluch. Jako, że to moje pierwsze dziecko lista powstawała w oparciu o fora i strony internetowe. Lista była arcydługa - puder, maść na pośladki, krem do twarzy, balsam do ciała, oliwka, mydło, szampon, emolient do kąpieli, krem na niepogodę, octanisept do pępka, naręcze chusteczek do pupy, itd.
Oczywiście rozpoczęłam akcję zbierania próbek, bo tyle specyfików zakupić w ciemno?
Równocześnie zaczęłam też rozmyślać, czy aby wszystko to faktycznie będzie potrzebne... Kiedy przeszłam do tematu chusteczek do pupy zmroziło mnie. Składy takie, że możnaby zakonserwować mumię na kolejne wieki. Im lepsza firma tym dłuższa litania... Co tu robić? Myślałam, myślałam i wymyśliłam! Co jest najlepsze do mycia? Woda! Zwykła, ciepła woda. Ale czym umyć? Sprawa okazała się prosta. Wyprałam dwa opakowania chusteczek jednorazowych, wysuszyłam, poskładałam do pojemniczka. Kiedy była potrzeba - woda do miseczki, kilka chusteczek i jeśli sprawa była "brudna" chusteczka szła do kosza, jeśli nie to do ponownego prania. I tak w obrocie do dziś mam ze 4 opakowania chusteczek, które krążą od prania do prania. Kiedy Madzia podrosła "brudne" sprawy myłyśmy pod bieżącą wodą. Ale chusteczki przydają się do dziś, bo nawet po siku do nocniczka odświeżam ją mokrą chusteczką.
Kiedyś koleżanka popukała się w czoło kiedy zobaczyła jak składam moje chusteczki, wtedy powiedziałam jej żeby wzięła i umyła siebie chusteczkami tak jak to robi swojemu dziecku, a potem od razu ubrała bieliznę i najlepiej podpaskę. Ponieważ koleżanka bardzo chciała mi coś udowodnić zdobiła ten eksperyment... Dziś sama stosuje moją metodę na chusteczki jednorazowe wielorazowe
Ale lista kosmetyków wciąż była długa. Kolejne co wykreśliłam to puder i oliwka. Dwa wciąż popularne kosmetyki, oba niestety mało skuteczne. Blokują pory, nie pozwalają skórze oddychać i tylko pozornie rozwiązują problemy.
Sama oliwka, a najlepiej olejek, np. ze słodkich migdałów, z oliwek, lniany, dodane do kąpieli świetnie nawilżą, o ile nie mamy bardzo twardej wody. Przy bardzo suchej skórze można oliwkę wsmarować przed kąpielą, np. w masażu, a następnie zmyć ją w wodzie. Taka kuracja naprawdę działa.
Czy skóra maluszka potrzebuje balsamu? Nie, ponieważ ona naturalnie się łuszczy i nic tego nie powstrzyma. Więc z balsamu również zrezygnowałam. Na podobnej zasadzie nie kupiłam też kremu do twarzy.
Nie zrezygnowałam natomiast z emolientu do kąpieli. W mieszkaniu mam bardzo twardą wodę, nawet na moją skórę podczas prysznica działa drażniąco, więc co dopiero na takiego maluszka, który w tej wodzie będzie zanurzony.
Kupiłam również delikatny żel do mycia ciała i włosków. Pewien blog mi podpowiedział jaką markę wybrać, by skład był uczciwy.
Nie zabrakło również kremu ochronnego na niepogodę, a potem mocnego filtra. Mamy takie czasy, że trzeba chronić skórę dziecka przed szkodliwymi warunkami atmosferycznymi. Pamiętajcie - kupując krem na mróz sprawdźcie, czy w składzie nie ma wody, kupując filtr dla niemowlaka wybierzcie mineralny (nie wchłania się, a działa jak lusterko) faktor +50.
Kremu do pupy nie kupowałam - miałam dużo próbek, których praktycznie nie używałam. Madzia nie miała problemów z odparzeniami, ani podrażnioną skórą.
Wyznaję również starą szkołę jeśli chodzi o pielęgnację pępka. Był to spirytus (z monopolowego) rozrobiony z jałową wodą do wstrzyknięć (z apteki). Do tego gaziki i patyczki do uszu, a po kilku dniach pępek był tylko wspomnieniem. Tanio i skutecznie
Do zadań specjalnych przydała się mąka ziemniaczana, kąpiel w siemieniu lnianym, świetlik do przemywania oczu.
I taka moja maksyma jeśli chodzi o kosmetyki - mniej znaczy więcej!
Zanim Madzia przyszła na świat zrobiłam sobie rozpiskę co będzie potrzebował taki maluch. Jako, że to moje pierwsze dziecko lista powstawała w oparciu o fora i strony internetowe. Lista była arcydługa - puder, maść na pośladki, krem do twarzy, balsam do ciała, oliwka, mydło, szampon, emolient do kąpieli, krem na niepogodę, octanisept do pępka, naręcze chusteczek do pupy, itd.
Oczywiście rozpoczęłam akcję zbierania próbek, bo tyle specyfików zakupić w ciemno?
Równocześnie zaczęłam też rozmyślać, czy aby wszystko to faktycznie będzie potrzebne... Kiedy przeszłam do tematu chusteczek do pupy zmroziło mnie. Składy takie, że możnaby zakonserwować mumię na kolejne wieki. Im lepsza firma tym dłuższa litania... Co tu robić? Myślałam, myślałam i wymyśliłam! Co jest najlepsze do mycia? Woda! Zwykła, ciepła woda. Ale czym umyć? Sprawa okazała się prosta. Wyprałam dwa opakowania chusteczek jednorazowych, wysuszyłam, poskładałam do pojemniczka. Kiedy była potrzeba - woda do miseczki, kilka chusteczek i jeśli sprawa była "brudna" chusteczka szła do kosza, jeśli nie to do ponownego prania. I tak w obrocie do dziś mam ze 4 opakowania chusteczek, które krążą od prania do prania. Kiedy Madzia podrosła "brudne" sprawy myłyśmy pod bieżącą wodą. Ale chusteczki przydają się do dziś, bo nawet po siku do nocniczka odświeżam ją mokrą chusteczką.
Kiedyś koleżanka popukała się w czoło kiedy zobaczyła jak składam moje chusteczki, wtedy powiedziałam jej żeby wzięła i umyła siebie chusteczkami tak jak to robi swojemu dziecku, a potem od razu ubrała bieliznę i najlepiej podpaskę. Ponieważ koleżanka bardzo chciała mi coś udowodnić zdobiła ten eksperyment... Dziś sama stosuje moją metodę na chusteczki jednorazowe wielorazowe
Ale lista kosmetyków wciąż była długa. Kolejne co wykreśliłam to puder i oliwka. Dwa wciąż popularne kosmetyki, oba niestety mało skuteczne. Blokują pory, nie pozwalają skórze oddychać i tylko pozornie rozwiązują problemy.
Sama oliwka, a najlepiej olejek, np. ze słodkich migdałów, z oliwek, lniany, dodane do kąpieli świetnie nawilżą, o ile nie mamy bardzo twardej wody. Przy bardzo suchej skórze można oliwkę wsmarować przed kąpielą, np. w masażu, a następnie zmyć ją w wodzie. Taka kuracja naprawdę działa.
Czy skóra maluszka potrzebuje balsamu? Nie, ponieważ ona naturalnie się łuszczy i nic tego nie powstrzyma. Więc z balsamu również zrezygnowałam. Na podobnej zasadzie nie kupiłam też kremu do twarzy.
Nie zrezygnowałam natomiast z emolientu do kąpieli. W mieszkaniu mam bardzo twardą wodę, nawet na moją skórę podczas prysznica działa drażniąco, więc co dopiero na takiego maluszka, który w tej wodzie będzie zanurzony.
Kupiłam również delikatny żel do mycia ciała i włosków. Pewien blog mi podpowiedział jaką markę wybrać, by skład był uczciwy.
Nie zabrakło również kremu ochronnego na niepogodę, a potem mocnego filtra. Mamy takie czasy, że trzeba chronić skórę dziecka przed szkodliwymi warunkami atmosferycznymi. Pamiętajcie - kupując krem na mróz sprawdźcie, czy w składzie nie ma wody, kupując filtr dla niemowlaka wybierzcie mineralny (nie wchłania się, a działa jak lusterko) faktor +50.
Kremu do pupy nie kupowałam - miałam dużo próbek, których praktycznie nie używałam. Madzia nie miała problemów z odparzeniami, ani podrażnioną skórą.
Wyznaję również starą szkołę jeśli chodzi o pielęgnację pępka. Był to spirytus (z monopolowego) rozrobiony z jałową wodą do wstrzyknięć (z apteki). Do tego gaziki i patyczki do uszu, a po kilku dniach pępek był tylko wspomnieniem. Tanio i skutecznie
Do zadań specjalnych przydała się mąka ziemniaczana, kąpiel w siemieniu lnianym, świetlik do przemywania oczu.
I taka moja maksyma jeśli chodzi o kosmetyki - mniej znaczy więcej!
piątek, 25 kwietnia 2014
Dziwactwo kulinarne, część 1
Ostatnio wiele rozmawiam z innymi mamami na tematy związane z żywieniem dzieci, wychowywaniem, itp. Niektórzy uważają mnie za "dziwną" jeśli chodzi o pewne sprawy. Postnowiłam, więc rozpocząć serię postów poswięconych "mojemu dziwactwu" ;)
Na pierwszy ogień - kuchnia... Chyba największe z moich dziwactw...
Kiedy przychodzi moment rozszerzania diety malucha niektóre mamy są przestraszone - jak to będzie, inne spokojne - jakoś to będzie. Ja byłam zdecydowanie podniecona tym faktem. Od dawna zgłębiałam wiedzę na ten temat. Zaprowadziłam sobie zeszyt z podziałem na miesiące oraz zapisywałam ciekawe przepisy. Z resztą było już na ten temat powiadziane wiele na tym blogu.
Jeszcze będąc w ciąży - latem, jesienią robiłam przetwory bez cukru - musy owocowe, kompoty, owoce w całości, wekowałam, mroziłam. Wszystko po to, by dać dziecku to co najlepsze. Czy nie można dać gotowców, w słoiku? Mógłby ktoś zapytać. Przecież są przygotowane odpowiednio do wieku dziecka, mają odpowiedni skład jakościowy i ilościowy. Odpowiem - pewnie można... Zdarza się, że czasem i ja podam taki gotowiec, kiedy nie mam możliwości ugotować sama. Jednak jest to bardzo sporadycznie. Nie mam do końca zaufania do koncernów produkujących jedzenie dla dzieci. Gotuję sama, wiem co daję dziecku, w jakiej ilości, czym doprawiam, co mu smakuje bardziej, a co mniej... Dzisiaj kiedy moje dziecko ma już skończony rok je praktycznie to samo co ja. To zasługa BLW, czyli metody Bobas Lubi Wybór. Nie w pełni stosowaliśmy tę metodę, bo i nie do końca jej założenia mi odpowiadają. Jednak elementy, które wprowadziłam powodują, że siadamy we trójkę przy stole i jemy. Córka częściowo je rączkami, częściowo łyżeczką, ale jej nie muszę karmić. A my w tym czasie jemy spokojnie swoje porcje. Co jemy? Kasze, sporo warzyw, zapiekanki, placki, itd. Czego nie jemy? Najważniejsze - nie jemy mięsa. Nie jemy też białego cukru, unikamy białej mąki, produktów wysoko przetworzonych, sztucznych słodzików. Czytam etykiety, składy produktów. Oczywiście, czasem kiedy przyjdzie smak pojawia się coś mniej zdrowego, jakieś grzeszki
Nie jesteśmy fanatykami, tylko zwykłymi ludźmi
Czego jeszcze u nas w kuchni nie ma? I to najbardziej dziwi innych rodziców? Gotowych kaszek dla niemowląt, za wyjątkiem kleiku ryżowego. Wybrałam ten, w którego składzie jest tylko kleik, bo uwierzcie nawet do niego producenci dosypują cukru. W takiej gotowej kaszce cukier w składzie znajduje się na drugim miejscu. Co to oznacza? W skrócie - że jest go bardzo dużo. Na kolejnych pozycjach maltodekstryna, fruktoza, glukoza, itp. Czyli znów cukry. Rekordzista, którego widziałam miał aż 6 rodzajów cukru w składzie.
Co więc zjada na śniadanko moje dziecko? Zwykłą kaszę jaglaną. Początkowo była to kasza instant dla niemowląt (naturalna, bezsmakowa), a potem już normalna. Do kaszy dodaję musy owocowe, lub suszone owoce, a także mielone siemię lniane, które jest bardzo wartościowym źródłem kwasów tłuszczowych. Przygotowanie zabiera mi 15 minut. Dużo? Biorąc pod uwagę, że przygotowanie gotowca zabiera kilka sekund - dużo. Biorąc pod uwagę jakość mojego śniadania, ilość witamin, składników odżywczych - niedużo. Z resztą sama zjadam podobną jaglankę, wzbogaconą orzechami i pestkami. Na stole w naszym domu sporadycznie pojawia się białe pieczywo, ponieważ zwykle wypiekamy swój razowy chleb na zakwasie, który dajemy też córce. Na koniec napoje... Magda pije wodę i w zasadzie tylko wodę (nie licząc cyca). Soki jeśli pije to tylko domowe, bez cukru, w okresie słabszej odporności, np. aroniowy, winogronowy, malinowy. Woda gasi pragnienie, nie dostarcza nie potrzebnych kalorii, a owoc wolę jej dać do rączki by zjadła go samodzielnie. To również dziwi moje koleżanki, które faszerują swoje dzieci pustymi kaloriami z soku. Pamiętajmy, że nawet jeśli w składzie nie ma cukru, był on najpewniej dodany do koncentratu z którego jest zrobiony sok, więc to że producent szczyci się, że cukru nie dodał kompletnie nic nie znaczy. A my nabieramy się na ten chwyt reklamowy. Herbatki? Jedyna, którą posiadam dla Madzi to dzika róża, w okresie przeziębień i zwiększonego zapotrzebowania na witaminę C. Jest to herbatka z suszu owocowego, żadne granulki, czy gotowce. Z resztą sami pijamy tylko herbaty naturalne, w których składzie nie ma "aromatów" - trudniej je kupić, nie są tak smaczne, ale zdrowe. Przekąski? W grę wchodzą tylko świeże owoce, warzywa, wafle ryżowe i chrupki kukurydziane, ale to wszystko w ograniczeniu. Magda nie dostaje ciastek, wafelków, biszkopcików. Nawet nie przygotowuję ich sama w domu. Nie uczę dziecka podjadania i tyle...
Na pierwszy ogień - kuchnia... Chyba największe z moich dziwactw...
Kiedy przychodzi moment rozszerzania diety malucha niektóre mamy są przestraszone - jak to będzie, inne spokojne - jakoś to będzie. Ja byłam zdecydowanie podniecona tym faktem. Od dawna zgłębiałam wiedzę na ten temat. Zaprowadziłam sobie zeszyt z podziałem na miesiące oraz zapisywałam ciekawe przepisy. Z resztą było już na ten temat powiadziane wiele na tym blogu.
Jeszcze będąc w ciąży - latem, jesienią robiłam przetwory bez cukru - musy owocowe, kompoty, owoce w całości, wekowałam, mroziłam. Wszystko po to, by dać dziecku to co najlepsze. Czy nie można dać gotowców, w słoiku? Mógłby ktoś zapytać. Przecież są przygotowane odpowiednio do wieku dziecka, mają odpowiedni skład jakościowy i ilościowy. Odpowiem - pewnie można... Zdarza się, że czasem i ja podam taki gotowiec, kiedy nie mam możliwości ugotować sama. Jednak jest to bardzo sporadycznie. Nie mam do końca zaufania do koncernów produkujących jedzenie dla dzieci. Gotuję sama, wiem co daję dziecku, w jakiej ilości, czym doprawiam, co mu smakuje bardziej, a co mniej... Dzisiaj kiedy moje dziecko ma już skończony rok je praktycznie to samo co ja. To zasługa BLW, czyli metody Bobas Lubi Wybór. Nie w pełni stosowaliśmy tę metodę, bo i nie do końca jej założenia mi odpowiadają. Jednak elementy, które wprowadziłam powodują, że siadamy we trójkę przy stole i jemy. Córka częściowo je rączkami, częściowo łyżeczką, ale jej nie muszę karmić. A my w tym czasie jemy spokojnie swoje porcje. Co jemy? Kasze, sporo warzyw, zapiekanki, placki, itd. Czego nie jemy? Najważniejsze - nie jemy mięsa. Nie jemy też białego cukru, unikamy białej mąki, produktów wysoko przetworzonych, sztucznych słodzików. Czytam etykiety, składy produktów. Oczywiście, czasem kiedy przyjdzie smak pojawia się coś mniej zdrowego, jakieś grzeszki
Czego jeszcze u nas w kuchni nie ma? I to najbardziej dziwi innych rodziców? Gotowych kaszek dla niemowląt, za wyjątkiem kleiku ryżowego. Wybrałam ten, w którego składzie jest tylko kleik, bo uwierzcie nawet do niego producenci dosypują cukru. W takiej gotowej kaszce cukier w składzie znajduje się na drugim miejscu. Co to oznacza? W skrócie - że jest go bardzo dużo. Na kolejnych pozycjach maltodekstryna, fruktoza, glukoza, itp. Czyli znów cukry. Rekordzista, którego widziałam miał aż 6 rodzajów cukru w składzie.
Co więc zjada na śniadanko moje dziecko? Zwykłą kaszę jaglaną. Początkowo była to kasza instant dla niemowląt (naturalna, bezsmakowa), a potem już normalna. Do kaszy dodaję musy owocowe, lub suszone owoce, a także mielone siemię lniane, które jest bardzo wartościowym źródłem kwasów tłuszczowych. Przygotowanie zabiera mi 15 minut. Dużo? Biorąc pod uwagę, że przygotowanie gotowca zabiera kilka sekund - dużo. Biorąc pod uwagę jakość mojego śniadania, ilość witamin, składników odżywczych - niedużo. Z resztą sama zjadam podobną jaglankę, wzbogaconą orzechami i pestkami. Na stole w naszym domu sporadycznie pojawia się białe pieczywo, ponieważ zwykle wypiekamy swój razowy chleb na zakwasie, który dajemy też córce. Na koniec napoje... Magda pije wodę i w zasadzie tylko wodę (nie licząc cyca). Soki jeśli pije to tylko domowe, bez cukru, w okresie słabszej odporności, np. aroniowy, winogronowy, malinowy. Woda gasi pragnienie, nie dostarcza nie potrzebnych kalorii, a owoc wolę jej dać do rączki by zjadła go samodzielnie. To również dziwi moje koleżanki, które faszerują swoje dzieci pustymi kaloriami z soku. Pamiętajmy, że nawet jeśli w składzie nie ma cukru, był on najpewniej dodany do koncentratu z którego jest zrobiony sok, więc to że producent szczyci się, że cukru nie dodał kompletnie nic nie znaczy. A my nabieramy się na ten chwyt reklamowy. Herbatki? Jedyna, którą posiadam dla Madzi to dzika róża, w okresie przeziębień i zwiększonego zapotrzebowania na witaminę C. Jest to herbatka z suszu owocowego, żadne granulki, czy gotowce. Z resztą sami pijamy tylko herbaty naturalne, w których składzie nie ma "aromatów" - trudniej je kupić, nie są tak smaczne, ale zdrowe. Przekąski? W grę wchodzą tylko świeże owoce, warzywa, wafle ryżowe i chrupki kukurydziane, ale to wszystko w ograniczeniu. Magda nie dostaje ciastek, wafelków, biszkopcików. Nawet nie przygotowuję ich sama w domu. Nie uczę dziecka podjadania i tyle...
czwartek, 24 kwietnia 2014
Kulinarnie
Od tygodnia Madzia budzi się mniej więcej punktualnie o 3.30 nad ranem. Wcale nie gotowa do zabawy, bo widać że chce spać. Wcale nie głodna, bo przy cycu niemal od razu zasypia... I jak tu zrozumieć młodego człowieka? Potrafi tak męczyć się po 2 h, a potem odsypia do 9. No i znów problem ze spaniem o 11, trzeba się nakombinować żeby zasnęła. Ech, oby ten dziwny zwyczaj szybko przeszedł.
Dawno nie pisałam żadnych przepisów, więc dziś będą dwa, bardzo proste.
Kisiel owocowy, np. truskawkowy (po 4 miesiącu - zależnie od owoców)
Sok lub kompot truskawkowy (u mnie jeszcze zapasy z zeszłego roku), ok. 200ml
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Kilka truskawek (mam jeszcze mrożone)
Ewentualnie woda
Banan, miód, cukier gdyby było zbyt kwaśne.
Odlewamy 1/4 soku, zaś pozostały zagotowujemy. Jeśli tego wymaga rozcieńczamy go wcześniej wodą. Do zimnego płynu dodajemy mąkę, dokładnie mieszamy. Truskawki kroimy na takie kawałki jakie pasują naszemu dziecku. Do gotującego soku wlewamy rozprowadzoną mąkę i zagotowujemy. Na koniec dodajemy owoce. Jeśli kisiel jest zbyt kwaśny słodzę go rozgniecionym bananem, ale jeśli ktoś używa można cukrem lub miodem.
Taki kisiel z powodzeniem można zrobić już 4, 6 miesięczniakowi. Oczywiście nie z truskawek, a z jabłek. Jabłka wtedy trzemy na papkę.
Uwaga! Kisielem łatwo poparzyć malucha, więc trzeba go dokładnie ostudzić.
Ryż zapiekany (po 4/6 miesiącu)
Brązowy ryż
Słodkie jabłko
Woda
Jajko lub samo żółtko (albo wcale)
Cynamon (po 8 miesiącu)
Ryż gotujemy do miękkości w wodzie. Dodajemy do lekko przestudzonego jabłko starte na tarce, jajko (lub samo żółtko, lub pomijamy), ewentualnie cynamon. Wykładamy do naczynia do zapiekania. Pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 30min. Dla maluszka blendujemy na papkę, dodajac wody. Dla starszaka podajemy w takiej postaci.
Dawno nie pisałam żadnych przepisów, więc dziś będą dwa, bardzo proste.
Kisiel owocowy, np. truskawkowy (po 4 miesiącu - zależnie od owoców)
Sok lub kompot truskawkowy (u mnie jeszcze zapasy z zeszłego roku), ok. 200ml
2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Kilka truskawek (mam jeszcze mrożone)
Ewentualnie woda
Banan, miód, cukier gdyby było zbyt kwaśne.
Odlewamy 1/4 soku, zaś pozostały zagotowujemy. Jeśli tego wymaga rozcieńczamy go wcześniej wodą. Do zimnego płynu dodajemy mąkę, dokładnie mieszamy. Truskawki kroimy na takie kawałki jakie pasują naszemu dziecku. Do gotującego soku wlewamy rozprowadzoną mąkę i zagotowujemy. Na koniec dodajemy owoce. Jeśli kisiel jest zbyt kwaśny słodzę go rozgniecionym bananem, ale jeśli ktoś używa można cukrem lub miodem.
Taki kisiel z powodzeniem można zrobić już 4, 6 miesięczniakowi. Oczywiście nie z truskawek, a z jabłek. Jabłka wtedy trzemy na papkę.
Uwaga! Kisielem łatwo poparzyć malucha, więc trzeba go dokładnie ostudzić.
Ryż zapiekany (po 4/6 miesiącu)
Brązowy ryż
Słodkie jabłko
Woda
Jajko lub samo żółtko (albo wcale)
Cynamon (po 8 miesiącu)
Ryż gotujemy do miękkości w wodzie. Dodajemy do lekko przestudzonego jabłko starte na tarce, jajko (lub samo żółtko, lub pomijamy), ewentualnie cynamon. Wykładamy do naczynia do zapiekania. Pieczemy w temperaturze 160 stopni przez 30min. Dla maluszka blendujemy na papkę, dodajac wody. Dla starszaka podajemy w takiej postaci.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Poświątecznie, a Świątecznie
Święta, Święta i po Świętach... Myślałam, że będę mieć więcej czasu i więcej chęci na pisanie, ale niestety nie... Pochorowaliśmy się wszyscy. Mąż przytargał chorobę z pracy, rozłożył się w środę, mała miała kryzyz z środy na czwartek, na szczęscie w piątek była już fajna. A mnie zmogło w piątek i cały czas trzyma... Łeb jak sklep, nos jak wodospad, oczy wiecznie załzawione... Więc ani sił, ani chęci nie było.
Na szczęście zanim się rozłożyłam zrealizowałam Świąteczne ozdoby.
To są ozdoby do stroików, oraz które Magda miała w swoim koszyczku do "święcenia".
A to koszyczek, który jej zrobiłam.
Stroik na stół.
Na szczęście zanim się rozłożyłam zrealizowałam Świąteczne ozdoby.
To są ozdoby do stroików, oraz które Magda miała w swoim koszyczku do "święcenia".
A to koszyczek, który jej zrobiłam.
sobota, 12 kwietnia 2014
Kostki Madzi - zwierzaki i wielozadaniowa
W temacie roczku zabrakło tylko jednego - prezentu! Zgodnie z własnym postanowieniem uszyłam Madzi kostki. Pierwszą ze zwierzakami, podobną już wykonałam dla Poli, ale moja córcia tak lubi zwierzaki, że nie mogłam jej tego odmówić. Druga - bardzo sensoryczna i niezwykle pasjonująca. Przetestowałyśmy to na warsztatach "Świadoma mama", kiedy to wszystkie dzieciaki podkradały Madzi kostkę, by chwilę się nią pobawić.
Kostka na każdej ścianie ma jakieś "zadanie" - odpiać lub zapiąć zamek, rzep, napy, guzik, rozwiązać sznurowadło, przesunąć koraliki.
No i pierwsze wystąpienie mojej córki w sieci i dowód na to, że kostka naprawdę wzbudza ciekawość :)
Kostka na każdej ścianie ma jakieś "zadanie" - odpiać lub zapiąć zamek, rzep, napy, guzik, rozwiązać sznurowadło, przesunąć koraliki.
No i pierwsze wystąpienie mojej córki w sieci i dowód na to, że kostka naprawdę wzbudza ciekawość :)
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Bilans roczniaka
Ma 12 miesięcy, 2 zęby i całą masę energii. Biega jak szalona po całym domu, wstaje bez podparcia, stojąc zaglada sobie między nogami do tyłu. Puszcza oczko, robi "papa" i klaszcze kiedy jest zadowolona. Tańczy jak tylko usłyszy muzykę. Sika na nocnik. Piszczy jak nasze koty. Pokazuje gdzie miś ma oczko, noskek. Gada po swojemu, gestykulując, modulując głosem. Pokazuje paluszkiem co chce dostać, a jak nie dostanie to płacze! Siedzi z nami przy stole i je to samo co my (zasługa BLW). Pije z otwartego kubeczka i próbuje samodzielnie jeść łyżeczką.
Waży 10,5kg i mierzy 78cm.
Waży 10,5kg i mierzy 78cm.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Roczek - relacja w skrócie
No cóż, czas leci jak szalony... I tak oto minął nam 3 kwietnia pierwszy rok! Piszę z opóźnieniem, bo był to bardzo pracowity dla mnie czas. Przyjęcie odbyło się w domu moich rodziców, bo u nas było by zdecydowanie za ciasno. Była to impreza na 16 osób z najbliższej rodziny.
Uroczystość rozpoczęliśmy Mszą Św. i małą przygodą... Do kościoła dotarliśmy chwilę przed 14, organista pięknie grał, usiedliśmy w ławkach. Nabożeństwo było tylko dla nas, więc na luzie sobie siedzieliśmy, czekając na księdza. Kwadrans później, zaczęliśmy się jednak martwić, bo proboszcza wciąż nie było. Mój Tato postanowił, że pojedzie do niego, by sprawdzić co się stało. Okazało się, że ksiądz w stroju roboczym sadzi drzewka, przekonany że wciąż ma czas - nie przestawił od tygodnia zegarka!
Po mszy zaprosiliśmy gości na obiad. Byli pod wrażeniem dekoracji którą zrobiłam w dużej mierze samodzielnie. Przy nakryciu stały karteczki z imionami, złożone i ozdobione serwetki, kwiaty w wazonie. Były balony, pompony i błyszczące spiralki. Zdjecia nie oddają tego słodkiego, dziewczęcego uroku...
Następnie były ciasta i tort, również w 100% wykonany moimi rękami :)
Dodam, że to pierwszy tort jaki wykonałam w swoim życiu.
Na koniec były sałatki, zimna płyta i trunki ;) Impreza trwała do 21.00, a sprzątanie do 24 :)
Jutro napiszę bilans roczniaka, a na dziś to tyle. Dobranoc!
Uroczystość rozpoczęliśmy Mszą Św. i małą przygodą... Do kościoła dotarliśmy chwilę przed 14, organista pięknie grał, usiedliśmy w ławkach. Nabożeństwo było tylko dla nas, więc na luzie sobie siedzieliśmy, czekając na księdza. Kwadrans później, zaczęliśmy się jednak martwić, bo proboszcza wciąż nie było. Mój Tato postanowił, że pojedzie do niego, by sprawdzić co się stało. Okazało się, że ksiądz w stroju roboczym sadzi drzewka, przekonany że wciąż ma czas - nie przestawił od tygodnia zegarka!
Po mszy zaprosiliśmy gości na obiad. Byli pod wrażeniem dekoracji którą zrobiłam w dużej mierze samodzielnie. Przy nakryciu stały karteczki z imionami, złożone i ozdobione serwetki, kwiaty w wazonie. Były balony, pompony i błyszczące spiralki. Zdjecia nie oddają tego słodkiego, dziewczęcego uroku...
Dodam, że to pierwszy tort jaki wykonałam w swoim życiu.
Na koniec były sałatki, zimna płyta i trunki ;) Impreza trwała do 21.00, a sprzątanie do 24 :)
Jutro napiszę bilans roczniaka, a na dziś to tyle. Dobranoc!
wtorek, 18 marca 2014
Pierwszy!
No i jest! Długo wyczekiwany, przez wszystkich wyglądany. Przyszedł po cichu, bez fajerwerków, owacji, bez fanfar i okrzyków. Przyszedł, zadomowił się i jest - pierwszy ząbek! Narazie tylko malutka biała falbaneczka i sine wkoło, ale ewidentnie jest już z nami. Od kilku dni był blisko, zapowiadał się, ale my milczeliśmy, żeby nie zapeszyć. Ale dziś ząbek stał się faktem! Jest radość, jest duma, jest wzruszenie, bo nie typowo to wypadło - pierwszy krok wcześniej niż pierwszy ząb. Teraz czekamy na kolejne, do roczku jeszcze 2 tygodnie...
W temacie roczku u mnie jak w kalejdoskopie. Już wybrałam lokal, godzinę, ale jednak się rozmyśliłam i zrobimy u moich rodziców w domu. Chcę zrobić dziecięce przyjęcie, z balonikami, muzyką, żeby Madzia czuła się jak ktoś wyjątkowy. Przygotowania trwają narazie w formie wirtualnej, zbieram pomysły, planuję, a za chwilę będę wcielać w życie.
Postanowiłam nawet sama upiec tort. Upiec jak upiec - udekorować!
Obawiam się jak zwykle jednego - czy się wyrobię? Sukienkę dla Madzi już mam - lekką, zwiewną, tiulową. Oczywiście jest biała, bo tak nakazuje nasza tradycja. Tradycja, gdzie z niemowlaka staje się dziecko. Niemowlę - biała karta, dziecko - samodzielnie wyrusza zdobywać świat, by tę kartę zapełnić swoimi przygodami, przeżyciami. Biały to symbol czystości, niewinności, dziecieństwa.
Mam też białe buciki. Brakuje rajstop i bodów - nawet nie wiecie jak trudno je kupić w gładkiej wersji...
Zrobiłam też filcowe marchewki, ale o tym następnym razem.
W temacie roczku u mnie jak w kalejdoskopie. Już wybrałam lokal, godzinę, ale jednak się rozmyśliłam i zrobimy u moich rodziców w domu. Chcę zrobić dziecięce przyjęcie, z balonikami, muzyką, żeby Madzia czuła się jak ktoś wyjątkowy. Przygotowania trwają narazie w formie wirtualnej, zbieram pomysły, planuję, a za chwilę będę wcielać w życie.
Postanowiłam nawet sama upiec tort. Upiec jak upiec - udekorować!
Obawiam się jak zwykle jednego - czy się wyrobię? Sukienkę dla Madzi już mam - lekką, zwiewną, tiulową. Oczywiście jest biała, bo tak nakazuje nasza tradycja. Tradycja, gdzie z niemowlaka staje się dziecko. Niemowlę - biała karta, dziecko - samodzielnie wyrusza zdobywać świat, by tę kartę zapełnić swoimi przygodami, przeżyciami. Biały to symbol czystości, niewinności, dziecieństwa.
Mam też białe buciki. Brakuje rajstop i bodów - nawet nie wiecie jak trudno je kupić w gładkiej wersji...
Zrobiłam też filcowe marchewki, ale o tym następnym razem.
czwartek, 13 marca 2014
Filcowe truskawki
Tak bardzo bym chciała, by doba trwała ze 3 godzinki dłużej, albo by wynaleziono sen w pigułce... Notorycznie brak mi czasu, a tu tyle planów, pomysłów i marzeń do realizacji. Niedługo wracam do pracy, niedługo roczek, a w głowie wciąż pełno.
Marzy mi się wykonanie filcowego jedzonka, poczyniłam też pierwsze kroki, gdyż wybieramy się z wizytą do pewnej dwu i pół-latki, dla której mógłby być to fajny prezent. Powstały więc truskawki filcowe. Jedna od razu stała się magnesem na lodówkę i zabawką Madzi/kotów.
Truskawki nie są trudne w wykonaniu, a większość pracy trzeba zrobić w rękach, ale myślę, że warto. Z resztą oceńcie sami :)
Marzy mi się wykonanie filcowego jedzonka, poczyniłam też pierwsze kroki, gdyż wybieramy się z wizytą do pewnej dwu i pół-latki, dla której mógłby być to fajny prezent. Powstały więc truskawki filcowe. Jedna od razu stała się magnesem na lodówkę i zabawką Madzi/kotów.
Truskawki nie są trudne w wykonaniu, a większość pracy trzeba zrobić w rękach, ale myślę, że warto. Z resztą oceńcie sami :)
wtorek, 11 marca 2014
Streetcom i moje pierwsze testowanie
Jakiś czas temu (bez większego entuzjazmu) zarejestrowałam się na Streetcomie. Nie szczególnie wierzyłam w powodzenie mojego udziału, ale nawet pokusiłam się o przesłanie im zgody na używanie moich danych, które udostępniam w ankietach. Jest to konieczne, by móc brać udział w testowaniu. Cierpliwie wypełniałam ankiety i czekałam. I doczekałam się!
Wczoraj rano kurier przyniósł mi tajemnicze pudło, które od razu wzbudziło zaintersowanie Madzi i kotów...
Wczoraj rano kurier przyniósł mi tajemnicze pudło, które od razu wzbudziło zaintersowanie Madzi i kotów...
Po zdarciu foli...
Ciekawskie łapki zabrały się za rozpakowywanie...
Zestaw Ambasadorki - Maść Ochronna Bepanten Baby 30g, ulotka i kosmetyczka.
A takich zestawów mam 13 - dla siebie i do podziału z innymi mamami :) Jak ktoś tu zagląda z mojej okolicy - zapraszam, chętnie się podzielę.
Oczywiście mam też obowiązki związane z promocją produktu, ale myślę że tak czy inaczej warto.
Od wczoraj też smarujemy Bepantenem pupę, więc za chwilę będę mogła napisać Wam swoją ocenę i opinię. Zdradzę tylko, że produkt nie ma cynku, więc dla nas wielki plus.
Gdyby ktoś był zainteresowany testowaniem produktów i akcjami Streetcom, polecam i zachęcam.
czwartek, 6 marca 2014
Filcowe kostki edukacyjne Poli - owocowa i zwierzaki
Dziś pokażę Wam kostki, które wykonałam po raz pierwszy jako płatne zlecenie :) Cena była bardzo promocyjna, więc znajoma zdecydowała się na dwie. Mają one pomóc małej Poli w nauce. Jest teraz na etapie rozróżniania kształów, kolorów, nauki odgłosów zwierząt. Co stanowiło też pewną trudność, w przypadku kostki ze zwierzakami, aby byly one ciekawe dla małego człowieka, ale też przypominające prawdziwe zwierzęta. Jak mi wyszło? Oceńcie sami :)
Kostka owocowa :)
Kostka zwierzaki na wsi :)
Przygotowałam również miły gratis do zamówienia - metkowy, szeleszczący woreczek z ryżem.
Dziś zabawki trafią do małych raczek, ciekawa jestem jak Pola zareaguje. Mojej córce przypadły do gustu i wczoraj je testowała. Najważniejsze innowacje - długa tasiemka do noszenia i nowy patent na grzechotanie - zdały egzamin na 5+
Kostka owocowa :)
Kostka zwierzaki na wsi :)
Przygotowałam również miły gratis do zamówienia - metkowy, szeleszczący woreczek z ryżem.
Dziś zabawki trafią do małych raczek, ciekawa jestem jak Pola zareaguje. Mojej córce przypadły do gustu i wczoraj je testowała. Najważniejsze innowacje - długa tasiemka do noszenia i nowy patent na grzechotanie - zdały egzamin na 5+
wtorek, 4 marca 2014
Testujemy Johnson's Baby
Swego czasu firma Johnson's Baby rozsyłała atrakcyjne próbki. Niestety akcja się zakończyła, ale być może pojawi się ponownie.
W skład zestawu wchodziły miniaturki, a nie saszetki następujących kosmetyków:
- Mleczko intensywnie pielęgnujące
- Krem intensywnie pielęgnujący
- Ochronny krem przeciw odparzeniom
- Łagodny płyn do mycia ciała i włosów 3 w 1
Pierwsza moja uwaga nie jest zbyt pochlebna, gdyż marka stosuje bardzo dużo skłaników, których wcale nie powinno być w kosmetykach dla niemowląt. Wyjątek stanowi Płyn do mycia ciała, który można zaakceptować. Druga uwaga to cena. Można kupić kosmetyki zdecydowanie tańsze, o znacznie lepszym składzie i o podobnym lub lepszym działaniu.
Krem i balsam nie zaczarowały mnie, tzn. nie są to złe rzeczy, ale też nie ma w nich nic co by wyróżniały je spośród innych. Po za tym nie widzę powodu, by mazać delikatną skórę malucha tak ciężkim mazidłem jakim jest balsam o takim składzie. Mało tego taką artylerię zostawiłabym dla starszaków, których skóra ma już wytworzoną barierę ochronną i nie chłonie wszystkiego jak gąbka.
Krem na odparzenia jest dość lekki, chyba faktycznie przeznaczony jako ochrona, a nie krem do zadań specjalnych. Ponieważ nie stosujemy kremu na pupę zapobiegawczo i ten produkt u nas się nie przyjął.
Płyn 3 w 1 jest ok. Tylko tyle, bo znowu powtórzę - można lepiej, można taniej. Plus za pompkę w produkcie o normalnej pojemności.
Reasumując, mimo pięknych reklam, fajnych próbek nie zostałam fanką marki Johnson's Baby.
W skład zestawu wchodziły miniaturki, a nie saszetki następujących kosmetyków:
- Mleczko intensywnie pielęgnujące
- Krem intensywnie pielęgnujący
- Ochronny krem przeciw odparzeniom
- Łagodny płyn do mycia ciała i włosów 3 w 1
Pierwsza moja uwaga nie jest zbyt pochlebna, gdyż marka stosuje bardzo dużo skłaników, których wcale nie powinno być w kosmetykach dla niemowląt. Wyjątek stanowi Płyn do mycia ciała, który można zaakceptować. Druga uwaga to cena. Można kupić kosmetyki zdecydowanie tańsze, o znacznie lepszym składzie i o podobnym lub lepszym działaniu.
Krem i balsam nie zaczarowały mnie, tzn. nie są to złe rzeczy, ale też nie ma w nich nic co by wyróżniały je spośród innych. Po za tym nie widzę powodu, by mazać delikatną skórę malucha tak ciężkim mazidłem jakim jest balsam o takim składzie. Mało tego taką artylerię zostawiłabym dla starszaków, których skóra ma już wytworzoną barierę ochronną i nie chłonie wszystkiego jak gąbka.
Krem na odparzenia jest dość lekki, chyba faktycznie przeznaczony jako ochrona, a nie krem do zadań specjalnych. Ponieważ nie stosujemy kremu na pupę zapobiegawczo i ten produkt u nas się nie przyjął.
Płyn 3 w 1 jest ok. Tylko tyle, bo znowu powtórzę - można lepiej, można taniej. Plus za pompkę w produkcie o normalnej pojemności.
Reasumując, mimo pięknych reklam, fajnych próbek nie zostałam fanką marki Johnson's Baby.
Cotonove Love 2 na Apartament 44
Nie gniewajcie się na mnie, ale musiałam. Jestem tak bardzo zdeterminowana na te kulki, że nie mogłam się powstrzymać. Kolejny konkurs, tym razem na blogu Apartament 44. Do wygrania Perlove Love... Kciuki zaciśniete, dmuchnięte na szczęście i go!
poniedziałek, 3 marca 2014
11 miesięcy...
11 miesięcy... Tyle dziś kończy Madzia. Jako mama jestem z niej przedumna! Jest bystra i mądra, uczy się każdego dnia czegoś nowego. Od kilku dni sama zajada łyżeczką, jak coś zgubi z niej to drugą rączką zbiera i wkłada do miseczki. Dzieli się jedzeniem nie tylko na "daj gryza", ale też wtedy kiedy widzi u nas coś ciekawszego niż ma sama - na zasadzie gryz za gryza, wymiana. Obserwuje świat i z lubością naśladuje - nas, koty, innych członków rodziny. I tak po rozebraniu odnosi ubranka do pralki, miesza w misce na wzór gotowania, pisze na klawiaturze, robi paluszkami "bzium" po buzi, gra na gitarze. Chodzi każdego dnia coraz sprawniej, 2-3 metry to dla niej pestka. Woła "koko" na koty i popiskuje zapytana jak robią. Kiedy widzi inne zwierzaki, szczególnie duże psy klaszcze i cieszy się. Macha do przechodniów i zaczepia ludzi w sklepie. Jest wesołkiem, choć miewa też humory. Ma niesamowity temperament, wścieka się kiedy jej coś nie idzie. Zanim zrzuci miskę, łyżkę, kubek zapobiegawczo zamyka oczy i czeka na łoskot. Podaje jogurt na łyżeczce kotom i cieszy się jak szalona kiedy po niej zjadają. Rozróżnia zabawki, poproszona o przyniesienie telefonu, klocka, piłki, zawsze wie które jest które.
I mogłabym tak cały dzień, bo zaskakuje mnie ten mały człowiek, który jeszcze chwilę temu był całkiem bezradny, leżał spokojnie, a teraz pomyka z gołą pupą kiedy ucieknie mi z nocnika :)
Będę to powtarzać - kocham ją coraz mocniej!
I mogłabym tak cały dzień, bo zaskakuje mnie ten mały człowiek, który jeszcze chwilę temu był całkiem bezradny, leżał spokojnie, a teraz pomyka z gołą pupą kiedy ucieknie mi z nocnika :)
Będę to powtarzać - kocham ją coraz mocniej!
niedziela, 2 marca 2014
Lęk separacyjny
Długo nie miałam z tym problemu i już myślałam, że to mnie ominie... To coś z czym boryka się większość mam na różnych etapach życia swoich pociech. Coś co brzmi groźnie i dezorganizuje kompletnie życie - lęk separacyjny! Do tej pory miałam "cygańskie" dziecko - każdy mógł wziąć na ręce, bez problemu zostawała z babcią, czy prababcią, a nawet sama przez krótką chwilę w wózku, gdy musiałam wrócić się do domu. Od kilku dni, nic z tych rzeczy nie jest możliwe... Kiedy tylko znikam z pola widzenia zaczyna się panika i płacz. Już słyszę komentarze, że rozpieściłam córkę, że za dużo nosiłam na rękach, a ona teraz wymusza na mnie uległość. Oczywiście kompletnie się tym nie przejmuję. Nie rozumiem, jak można podejrzewać dziecko o wymuszane, wyrachowanie, czy tego typu zachowania? Dziecko rodzi się i uczy wszystkiego od podstaw, jedyne co zna w obcym, otaczającym je świecie to mama - jej głos i zapach. Wiec jak można je tej "mamy" pozbawić? Na moich rękach, plecach, w chuście, dziecko czuje się bezpiecznie i pewnie, a cała jego uwaga skupiona jest na poznawaniu, budowaniu własnej relacji z otoczeniem i nabieraniu pewności siebie. Kiedy będzie gotowa zejdzie z rąk, puści nogawkę moich spodni i wyruszy sama przed siebie. Jednak zawsze będzie wiedziała, że jestem przy niej, tak jak byłam od początku. I wbrew temu co niektórzy sądzą, tak właśnie wychowuje się osoby konkretne, pewne siebie, odważne - miłością i bliskością. Więc drogie Mamy - nie bójcie się nosić, tulić, trzymać na rękach - to najlepsze co dajecie swojemu Maluchowi.
sobota, 1 marca 2014
Cottonove Love na Hubisiowo
Jakiś czas temu wypatrzyłam w sieci coś co zaczarowało mnie dokumentnie. Coś co nie daje spać po nocach i zaprząta myśli. Coś wyrafinowanego, a za razem tak prostego, że trudno uwierzyć, że wcześniej tego nie było. Są to kule, lampki, w pięknych kolorach, wszystkie urocze i takie, że chce się je mieć. Nie wiem czy jest ktoś, kto oparłby się ich urodzie. Niestety pewne zawirowania losu sprawiają, że finanse nie pozwalają nam w najbliższym czasie ich zakupić, choć bardzo, bardzo bym chciała je mieć, by dodać odrobinę dziewczęcego ciepła do pokoju Madzi... Gdyby nie to nie zastanawiałabym się ani chwili i zakupiła śliczne lampki Cottonove Love. Tworzone są z pasją, przez pewną Mamę, więc tym bardziej chciałoby się kupić, by pokazać swój szacunek dla takich kobiet. Pani Agnieszka po za lampkami robi również przesłodkie pompony...
Ale do rzeczy, skoro kupić nie mogę (mam nadzieję tylko chwilowo) to bawię się z blogiem Hubisiowo i mocno trzymam kciuki, a może uda mi się wygrać te cudeńka :)
Ale do rzeczy, skoro kupić nie mogę (mam nadzieję tylko chwilowo) to bawię się z blogiem Hubisiowo i mocno trzymam kciuki, a może uda mi się wygrać te cudeńka :)
piątek, 28 lutego 2014
Kostka, królik i ważna decyzja
Wczoraj przy okazji Tłustego Czwartku, podjęłam bardzo ważną dla siebie decyzję. A mianowicie postanowiłam rozstać się z nadwyżką kilkogramów, których po ciąż zostało sporo. W tym celu spotkałam się z Panią Iwoną, dietetykiem i obgadałam plan działania. Teraz czekam na jej odpowiedź w postaci maila z dietą ułożoną specjalnie dla mnie. A wyzwanie jest spore! Musi to być dieta wegetariańska, oschudzająca i dla kobiety karmiącej. Tak, tak ja cały czas karmię. Pamiętacie moje kryzysy? Bo ja już prawie ich nie pamiętam :) Ale wracając, czeka mnie długa droga, ale mam nadzieję usiana pasmem sukcesów.
Ostatnio znów sporo szyję, gdyż dostałam zamówienie na dwie kostki edukacyjne dla małej damy, która właśnie uczy się swoich pierwszych słów. Powstała również kostka na prezent na Chrzciny, dla słodkiej Olgi. Jej starsza siostra z kolei dostała królika w stylku Tilda. Jak mi doniesiono, królik jest stałym bywalcem przedszkola, gdzie codziennie zabiera go jego właścicielka.
Oto i ona :)
Ostatnio znów sporo szyję, gdyż dostałam zamówienie na dwie kostki edukacyjne dla małej damy, która właśnie uczy się swoich pierwszych słów. Powstała również kostka na prezent na Chrzciny, dla słodkiej Olgi. Jej starsza siostra z kolei dostała królika w stylku Tilda. Jak mi doniesiono, królik jest stałym bywalcem przedszkola, gdzie codziennie zabiera go jego właścicielka.
Oto i ona :)
A tu słodka kostka, na pozostałych polach są literki składające się na imię właścicielki.
środa, 26 lutego 2014
Fasolowa wariacja dla Malucha
Dziś coś z kulinarnego światka mojej córeczki :) Jest to mega zbilansowana, mega zdrowa propozycja, choć smakowo może się wydawać dziwna.
Fasolowa wariacja
Kilka sztuk fasoli szparagowej
Jabłko
Woda
Przecier pomidorowy - domowy lub ewentualnie sok pomidorowy (dla młodszego dziecka można pominąć)
Żółtko ugotowane na twardo (dla młodszego dziecka 1/2 żółtka)
Fasolkę gotujemy do miękkości w wodzie. Pod koniec gotowania dodajemy 3/4 jabłka pokrojonego w kawałki. Dusimy pod przykryciem na małym ogniu. Pozostałe jabłko ścieramy na papkę, lub miksujemy. Zawartość garnka delikatnie blendujemy lub gnieciemy widelcem, dodając żółtko, jabłko i sok pomidorowy.
Zawartość żelaza z fasolki i żółtka jest oszałamiająca, dodatkowo obecność jabłka a tym samym witaminy C, ułatwia jego wchłanianie. Przecier pomidorowy to bogactwo potasu i soli mineralnych.
Mała jadła aż jej się uszka trzęsły.
Jeśli pominąć pomidory potrawa nadaje się nawet dla 8 miesięczniaka.
Polecam :)
Fasolowa wariacja
Kilka sztuk fasoli szparagowej
Jabłko
Woda
Przecier pomidorowy - domowy lub ewentualnie sok pomidorowy (dla młodszego dziecka można pominąć)
Żółtko ugotowane na twardo (dla młodszego dziecka 1/2 żółtka)
Fasolkę gotujemy do miękkości w wodzie. Pod koniec gotowania dodajemy 3/4 jabłka pokrojonego w kawałki. Dusimy pod przykryciem na małym ogniu. Pozostałe jabłko ścieramy na papkę, lub miksujemy. Zawartość garnka delikatnie blendujemy lub gnieciemy widelcem, dodając żółtko, jabłko i sok pomidorowy.
Zawartość żelaza z fasolki i żółtka jest oszałamiająca, dodatkowo obecność jabłka a tym samym witaminy C, ułatwia jego wchłanianie. Przecier pomidorowy to bogactwo potasu i soli mineralnych.
Mała jadła aż jej się uszka trzęsły.
Jeśli pominąć pomidory potrawa nadaje się nawet dla 8 miesięczniaka.
Polecam :)
wtorek, 25 lutego 2014
Testujemy z TestMeToo - Mixa Baby
Jakiś czas temu miałam przyjemność wziąć udział w testowaniu produktu Lipidowy żel do ciała i włosów Mixa Baby na TestMeToo. Byłam mile zaskoczona tym faktem, bo dość szybko od rejestracji udało mi się dostać do tej akcji.
Do testowania dostałam pełnowartościowy produkt i tydzień, by się z nim zapoznać. Skład trochę przesadzony, ale dość przyzwoity, jak przystało na markę. Mixa Baby to "córka" Loreala.
Poniżej moja ocena zamieszczona na TestMeToo
Żel bardzo dobrze się pieni, przez co jest wydajny, fajnie się rozprowadza na skórze i włosach. Łatwo go zmyć i nie szczypie w oczy. Skóra na twarzy nie jest ściągnięta, a nawilżona i gładka. Włosy po umyciu ładnie pachniały i długo zachowały świeżość. Jako produkt dla dziecka byłby idealny, gdyby nie zapach, który w mojej ocenie jest zbyt intensywny, ale dla dorosłej osoby o wrażliwej skórze jak najbardziej się nadaje. Butelka ma bardzo wygodny dozownik, co jest ważne podczas brania prysznica. Brakuje mi jednak dokładnego oznaczenia dla jakiego dziecka jest to produkt, czy od chwili narodzin czy może starszego. Ogólnie bardzo przyjemnie się używa tego żelu, więc chętnie zakupię dla siebie inne produkty z tej lini.
Niestety muszę nieco zmienić swoją opinię... Wtedy testując ten żel nie zastosowałam go do okolic intymnych i pupy mojej córeczki. Zrobiłam to przy innej okazji. Okazało się, że kosmetyk ten bardzo podrażnił delikatną okolicę, powstało bolesne, czerwone, rozległe odparzenie. Na szczęście szybka interwencja maści z cynkiem firmy Pat&Rub naprawiły skórkę, po kilku godzinach odparzenie było już tylko złym wspomnieniem.
Dlatego powtórzę - dla mnie tak, dla dziecka absolutnie!
Do testowania dostałam pełnowartościowy produkt i tydzień, by się z nim zapoznać. Skład trochę przesadzony, ale dość przyzwoity, jak przystało na markę. Mixa Baby to "córka" Loreala.
Poniżej moja ocena zamieszczona na TestMeToo
Żel bardzo dobrze się pieni, przez co jest wydajny, fajnie się rozprowadza na skórze i włosach. Łatwo go zmyć i nie szczypie w oczy. Skóra na twarzy nie jest ściągnięta, a nawilżona i gładka. Włosy po umyciu ładnie pachniały i długo zachowały świeżość. Jako produkt dla dziecka byłby idealny, gdyby nie zapach, który w mojej ocenie jest zbyt intensywny, ale dla dorosłej osoby o wrażliwej skórze jak najbardziej się nadaje. Butelka ma bardzo wygodny dozownik, co jest ważne podczas brania prysznica. Brakuje mi jednak dokładnego oznaczenia dla jakiego dziecka jest to produkt, czy od chwili narodzin czy może starszego. Ogólnie bardzo przyjemnie się używa tego żelu, więc chętnie zakupię dla siebie inne produkty z tej lini.
Niestety muszę nieco zmienić swoją opinię... Wtedy testując ten żel nie zastosowałam go do okolic intymnych i pupy mojej córeczki. Zrobiłam to przy innej okazji. Okazało się, że kosmetyk ten bardzo podrażnił delikatną okolicę, powstało bolesne, czerwone, rozległe odparzenie. Na szczęście szybka interwencja maści z cynkiem firmy Pat&Rub naprawiły skórkę, po kilku godzinach odparzenie było już tylko złym wspomnieniem.
Dlatego powtórzę - dla mnie tak, dla dziecka absolutnie!
Kocham mocnej
Codziennie M. mnie zaskakuje jak wiele potrafi. Wczoraj próbowała wrzucać klocki do sortera, najpierw metodycznie - nie udało się, potem siłowo - uderzając kołem w kwadrat, który nie chciał wejść do otworu koła. Ostatecznie wygrało rozwiązanie inteligentne - zdjęła pokrywę i wrzuciła klocki do sortera, bez sortowania - bardzo z siebie zadowolona. Drepcze sobie na krótkich dystansach, na dłuższych z resztą też - wieczorem pokonała jakieś 1,5 metra, a dziś rano kolejny metr. No i wielką frajdę sprawia jej dzielenie się - daje bezpośrednio do ust chrupkę, warzywa, ciesząc się ogromnie, że nam smakuje. Sprawdza, co gdzie można włożyć i tak - smoczek można włożyć do swojej buzi, do buzi mamy, do oka nie za bardzo, do mamy oka nawet trochę się da... Do ucha - kiepsko, do cycusia - nie da rady wcale... Do pudełka? Da się! A do nocnika? Ooo! Też się da :) Sprawdza, testuje, aż miło popatrzeć. A mama tylko się cieszy, wiwatuje, bije brawo i wspiera dziecko, trochę z boku, ale wystaczająco blisko by móc pocieszyć się przy piersi niepowodzeniem. Strasznie to urocze. I gdzieś przeczytałam kiedyś pewną mamę, która napisała że każdego dnia kocha swoje dziecko bardziej, wtedy wydało mi się to niemożliwe, a dziś mówię - kocham ją coraz mocnej :)
czwartek, 20 lutego 2014
Pierwszy krok :)
Mam nadzieję, że wiosna zawitała do nas już na dobre i nie zrezygnuje już. Przyjemnie tak wygrzać kości na ławce w parku. Od razu przyemniej na duszy i ciele. Tymczasem nasza cała trójka chora... Mąż na zwolnieniu, dziecko zasmarkane, mieszkanie wywrócone do góry nogami! A nikomu nie chce się za to zabrać.
Ale ja tu plotę głupoty, a nie piszę najważniejszego! W poniedziałek moja córka zrobiła pierwsze samodzielne kroki! Było ich aż 4, wyczyn ten powtórzyła jak tatuś wrócił z pracy. Od tej chwili regularnie stawia po 2, 3 kroczki, a potem przechodzi do czworaka. Oboje z mężem pękamy z dumy!
W wolnych chwilach dalej szyję rzeczy na prezenty, bo trochę się tego uskładało. Może jutro uchylę rombka tajemnicy, co też nowego powstało w moich rękach.
Ale ja tu plotę głupoty, a nie piszę najważniejszego! W poniedziałek moja córka zrobiła pierwsze samodzielne kroki! Było ich aż 4, wyczyn ten powtórzyła jak tatuś wrócił z pracy. Od tej chwili regularnie stawia po 2, 3 kroczki, a potem przechodzi do czworaka. Oboje z mężem pękamy z dumy!
W wolnych chwilach dalej szyję rzeczy na prezenty, bo trochę się tego uskładało. Może jutro uchylę rombka tajemnicy, co też nowego powstało w moich rękach.
piątek, 14 lutego 2014
Kostka filcowa - wesołe kształty
Popełniłam kolejną kostkę filcową. Tym razem trafi do małych rączek naszego sąsiada, do którego wybieramy się z wizytą. Pomysł na wesołe kształty zaczerpnęłam z bloga Sfilcowana Kraina. Szyło się całkiem przyjemnie - proste kształty! A potem na maszynie dokończyłam pracę wszywając pełno tasiemek. Moja M. była zachwycona tym kolorowym cudakiem, mąż również. Zamówił, więc identyczną dla nas. Ciekawe, czy sąsiad przyjmie ją z podobnym entuzjazmem? Oczywiście kostka grzechocze, jak już pisałam wcześniej dla nas to najważniejsza funkcja. A co najlepiej grzechocze? Paczka Tik-Taków! Tu akurat jakieś podróbki, ale hałas robią taki sam.
A teraz pokaz, uśmiechnijcie się :)
A teraz pokaz, uśmiechnijcie się :)
środa, 12 lutego 2014
Testujemy - Mustela
Jeśli chodzi o markę Mustela pierwszym moim skojarzeniem było - wysoka cena. I oczywiście nie pomyliłam się. Jednak w tym wypadku za ceną idzie jakość. Kiedy jeszcze M. była w brzuszku nawet nie patrzyłam na te kosmetyki, ze względu na fatalny skład. Jednak firma nie spoczywa na laurach i stale się rozwija, poprawiając wiele i zmieniając składniki na lepsze. Dlatego jednak zainteresowałam się nimi.
Aby otrzymać próbki należy zapisać się do ich klubu oraz polubić na fb, po czym napisać prośbę na maila. Próbki przychodzą w eleganckiej, malutkiej kosmetyczce. Ponieważ napisałam im o problemach skórnych mojej córki, otrzymałam produkty z serii Mustela Stelatopia. To też fajne, że po drugiej stronie ktoś czyta nasze prośby i dostosowuje zestaw do potrzeb.
Były to:
- Olejek mleczny do kąpieli
- Krem emolient natłuszczający
A także:
- Krem do biustu
- Krem na rozstępy.
Olejku do kąpieli było na jedną pełną kąpiel, po której jednak trudno ocenić, czy dobrze działa. Natomiast tubeczka kremu wystarczyła na kilka aplikacji. Próbowałam już wielu kosmetyków, jednak ten był zdecydowanie lepszy od pozostałych. Bardzo dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i naprawdę regeneruje skórę. Z czystym sumieniem polecam, sama zakupiłam ten krem i stosujemy go codziennie. Warto jednak, go przetestować, gdyż mojego męża uczulił.
Seria dla kobiet również bardzo przyjemna. Pięknie pachnie, świeżo, a nie mdło jak bywa w przypadku innych kosmetyków dla mam. Dobrze się rozsmarowuje i szybko wchłania, nie lepi się, a dla mnie to ważne. Efekty? Trzeba dłużej stosować.
Aby otrzymać próbki należy zapisać się do ich klubu oraz polubić na fb, po czym napisać prośbę na maila. Próbki przychodzą w eleganckiej, malutkiej kosmetyczce. Ponieważ napisałam im o problemach skórnych mojej córki, otrzymałam produkty z serii Mustela Stelatopia. To też fajne, że po drugiej stronie ktoś czyta nasze prośby i dostosowuje zestaw do potrzeb.
Były to:
- Olejek mleczny do kąpieli
- Krem emolient natłuszczający
A także:
- Krem do biustu
- Krem na rozstępy.
Olejku do kąpieli było na jedną pełną kąpiel, po której jednak trudno ocenić, czy dobrze działa. Natomiast tubeczka kremu wystarczyła na kilka aplikacji. Próbowałam już wielu kosmetyków, jednak ten był zdecydowanie lepszy od pozostałych. Bardzo dobrze się rozprowadza, szybko wchłania i naprawdę regeneruje skórę. Z czystym sumieniem polecam, sama zakupiłam ten krem i stosujemy go codziennie. Warto jednak, go przetestować, gdyż mojego męża uczulił.
Seria dla kobiet również bardzo przyjemna. Pięknie pachnie, świeżo, a nie mdło jak bywa w przypadku innych kosmetyków dla mam. Dobrze się rozsmarowuje i szybko wchłania, nie lepi się, a dla mnie to ważne. Efekty? Trzeba dłużej stosować.
wtorek, 11 lutego 2014
Wspomnienia
Są plusy takiej wiosennej zimy. Na wyjeździe w lutym spacerowaliśmy całe dnie i do tego bez czapek i rękawiczek. Było bardzo fajnie, Willa gdzie się zatrzymaliśmy na wypasie - chwała "zakupom grupowym". I w sumie za małe pieniążki spędziliśmy cudny weekend we troje.
Będąc tam, wybierając pamiątki (zawsze przywozimy do domu jakieś drobiazgi dla najbliższych) stwierdziliśmy, że o dziwo nie jest źle. Nad morzem pod tym względem tragedia, dramat i kicha. Momentami ma się wrażenie, że czas tam stanął jakieś 30 lat temu. Kupić coś względnie ładnego graniczy z cudem. Natomiast w górach tragedi nie ma. Sporo wyrobów z drewna, w tym zabawek, instrumentów, trochę robótek filcowych - torby, kapcie. Oczywiście nie zabrakło typowych góralskich akcentów prosto z Zakopanego, ale bez przesady. Trochę chińszczyzny, wiadomo, trochę rękodzieła, było w czym wybierać. Z nami do domu przyjechał drewniany Pinokio na lodówkę i drewniane, malowane marakesy.
Nie obyło się jednak bez innego szoku, mianowicie dawniej picie wody w pijalni było darmowe. Wszak źródło tryska bez niczyjego udziału, a jego zasoby są niewyczerpalne. A jednak i na tym teraz robi się kasę! Wejście kosztuje 1,50zł, kubeczek jednorazowy 0,50gr. A maksymalny pobór wody to 0,5l. Nie wiem tylko czy dotyczy to butelek, czy też pijących na miejscu. Rozumiem, że źródełko i sam budynek trzeba utrzymać. Dawniej zarabiano na pamiątkach, kawiarni, itp. Widok spacerujących po parku i popijających wodę kuracjuszy był standardem. Dziś tego nie ma. Kilka osób pijących "na miejscu" i to wszystko. Cały urok parku zdrojowego zaniknął. Gdyby jeszcze bilet obowiązywał na cały dzień to nawet bym nie mrugnęła okiem. A tak? Ja osobiście siedzieć w dusznej pijalni nie miałam ochoty, więc wyszło że za kubek wody śmierdzącej jajem zapłaciłam 1,50... Kubek miałam swój...
Będąc tam, wybierając pamiątki (zawsze przywozimy do domu jakieś drobiazgi dla najbliższych) stwierdziliśmy, że o dziwo nie jest źle. Nad morzem pod tym względem tragedia, dramat i kicha. Momentami ma się wrażenie, że czas tam stanął jakieś 30 lat temu. Kupić coś względnie ładnego graniczy z cudem. Natomiast w górach tragedi nie ma. Sporo wyrobów z drewna, w tym zabawek, instrumentów, trochę robótek filcowych - torby, kapcie. Oczywiście nie zabrakło typowych góralskich akcentów prosto z Zakopanego, ale bez przesady. Trochę chińszczyzny, wiadomo, trochę rękodzieła, było w czym wybierać. Z nami do domu przyjechał drewniany Pinokio na lodówkę i drewniane, malowane marakesy.
Nie obyło się jednak bez innego szoku, mianowicie dawniej picie wody w pijalni było darmowe. Wszak źródło tryska bez niczyjego udziału, a jego zasoby są niewyczerpalne. A jednak i na tym teraz robi się kasę! Wejście kosztuje 1,50zł, kubeczek jednorazowy 0,50gr. A maksymalny pobór wody to 0,5l. Nie wiem tylko czy dotyczy to butelek, czy też pijących na miejscu. Rozumiem, że źródełko i sam budynek trzeba utrzymać. Dawniej zarabiano na pamiątkach, kawiarni, itp. Widok spacerujących po parku i popijających wodę kuracjuszy był standardem. Dziś tego nie ma. Kilka osób pijących "na miejscu" i to wszystko. Cały urok parku zdrojowego zaniknął. Gdyby jeszcze bilet obowiązywał na cały dzień to nawet bym nie mrugnęła okiem. A tak? Ja osobiście siedzieć w dusznej pijalni nie miałam ochoty, więc wyszło że za kubek wody śmierdzącej jajem zapłaciłam 1,50... Kubek miałam swój...
sobota, 8 lutego 2014
Naleśniki dla malucha
Dziś kolejny ulubiony przepis na przemycanie żółtka.
Naleśniki
1 żółtko z jaja od szczęśliwej kury
30ml wody źródlanej
Mąka np. owsiana jeśli ma być bezglutenowo
Mus owocowy - do smarowania
Mieszamy mokre składniki i dosypujemy mąki tyle by powstało ciasto naleśnikowe, czyli konststencja śmietany kremówki. Smażymy na malutkiej teflonowej patelence bez tluszczu. Ewentualnie smarujemy ręcznikiem papierowym nasączonym olejem do smażenia. Smażymy z dwóch stron, studzimy, smarujemy musem i zwijamy w ścisły rulon. Podajemy do samodzielnej konsumpcji.
Naleśniki
1 żółtko z jaja od szczęśliwej kury
30ml wody źródlanej
Mąka np. owsiana jeśli ma być bezglutenowo
Mus owocowy - do smarowania
Mieszamy mokre składniki i dosypujemy mąki tyle by powstało ciasto naleśnikowe, czyli konststencja śmietany kremówki. Smażymy na malutkiej teflonowej patelence bez tluszczu. Ewentualnie smarujemy ręcznikiem papierowym nasączonym olejem do smażenia. Smażymy z dwóch stron, studzimy, smarujemy musem i zwijamy w ścisły rulon. Podajemy do samodzielnej konsumpcji.
piątek, 7 lutego 2014
Wyjazd na weekend
Dawno nie byliśmy spontaniczni. Od urodzin Małej raczej wszystko staramy się skrupulatnie planować. Jednak wczoraj złamaliśmy tę zasadę i postanowiliśmy wyjechać na weekend. Wieczorem mąż zarezerował hotel i jedziemy w Góry Stołowe. To lekko ponad 100km, ale zawsze. Pakowania sporo, a w tygodniu nie prałam ze względu na awarię pralki. Dziś rano Pan Fachowiec ją naprawił i piorę, suszę, piorę, suszę, końca nie widać. Swoją drogą muszę powiedzieć, że jednym z lepszych naszych zakupów była suszarka do prania. Nic mi nie wisi i nie kisi się po mieszkaniu. Pranie suche, miękkie, gotowe do schowania do szafki. Większości nawet nie trzeba prasować. No i taka sytuacja jak dziś mi nie straszna, bo całość wypiorę, wysuszę i spakuję na wyjazd.
Zaplanowaliśmy wyjechać po obiedzie, jak córka ma czas na spanie, wtedy spokojnie odpocznie w aucie, a my bezstresowo dotrzemy na miejsce.
W sumie wyszedł z tego wyjazd Walentynkowy ;) jak za starych czasów. Cieszę się jak dziecko. I kończę, bo jeszcze mam górę pakowania!
Zaplanowaliśmy wyjechać po obiedzie, jak córka ma czas na spanie, wtedy spokojnie odpocznie w aucie, a my bezstresowo dotrzemy na miejsce.
W sumie wyszedł z tego wyjazd Walentynkowy ;) jak za starych czasów. Cieszę się jak dziecko. I kończę, bo jeszcze mam górę pakowania!
czwartek, 6 lutego 2014
Filcowa kostka sensoryczno-edukacyjna
Niby zimowa pora, choć pogoda wiosenna, a jednak kolorów, smaków wokół wciąż brak. Owoce, głównie z dalekich krajów z lekka mnie przerażają, no i nie smakują zawrotnie. Z tego powodu uszyłam córce kolorową, radosną, filcową - owocową kostkę, z naszymi rodzimymi owocami. Jest duża, ma sporo odstających elementów, a w środku, co bardzo ważne grzechocze. Mała tak poznaje świat - ogląda, smakuje i sprawdza, czy wydaje dźwięk przy potrząsaniu. Jeśli nie, zabawka jest mało interesująca. Naszyłam na niej truskawkę, winogrona, gruszkę, jabłko, śliwkę, wiśnie. Szycie nie zajęło mi aż tak dużo czasu, bo całość szyłam na maszynie, a tylko aplikacje wszyłam ręcznie. Ponieważ jest na niej wiele odstających elementów nie wszywałam już tasiemek.
Produkcja zabawek dla własnego dziecka jest bardzo fajną przygodą, zwłaszcza jak się trafi w wybredny gust małego krytyka. Kostki, które robię mam nadzieję posłużą nam trochę. Za chwilę będziemy się uczyć rozpoznawania kształtów i myślę, że tak będzie przyjemniej niż w książeczce odnajdywać nauczone owoce, zwierzęta itp.
Dodatkowo takie zabawki nie ogłupiają, pomagają rozwijać wyobraźnię, myślenie kreatywne. Nie uderzają w dziecko tysiącem bodźców. No i relaksują mamę ;)
Na koniec wrzucę zdjęcie, a co!
Produkcja zabawek dla własnego dziecka jest bardzo fajną przygodą, zwłaszcza jak się trafi w wybredny gust małego krytyka. Kostki, które robię mam nadzieję posłużą nam trochę. Za chwilę będziemy się uczyć rozpoznawania kształtów i myślę, że tak będzie przyjemniej niż w książeczce odnajdywać nauczone owoce, zwierzęta itp.
Dodatkowo takie zabawki nie ogłupiają, pomagają rozwijać wyobraźnię, myślenie kreatywne. Nie uderzają w dziecko tysiącem bodźców. No i relaksują mamę ;)
Na koniec wrzucę zdjęcie, a co!
środa, 5 lutego 2014
Temat archiwalny, pamiątkowy - rozszerzanie diety - początki
Odkąd moja córka skończyła 4 miesiące zaczęłam rozszerzać jej dietę, mimo że karmię piersią. Zdecydowałyśmy się na ten krok z kilku względów - gotowość do jedzenia, szybki rozwój intelektualny i fizyczny, problemy z kupami i laktacją. Każdy z tych tematów zapewne rozwinę, natomiast w tym miejscu chciałabym się skupić na kulinarnych doznaniach mojej córki.
05.08.2013 - Marchew
Ku naszemu zaskoczeniu obyło się bez plucia, większego krzywienia. Marchew zaprawiłam mlekiem modyfikowanym, którym dokarmiam małą. Zdecydowanie smakowało! Przygotowania z naszej strony okazały się nie potrzebne - zwinęliśmy dywan, dziecko rozebraliśmy do golasa, a leżaczek zabezpieczyliśmy podkładem.
09.08.2013 - Ziemniak
Trafiła mi się kleista odmiana, więc miałam problem z przygotowaniem. Po przetarciu zrobiła się z niego kluska. Również posmakowało.
10.08.2013 - Cukinia
Jak na razie to warzywny faworyt. Warzywa gotuję krótko w małej ilości wody w garnku z grubym dnem. Potem warzywa dochodzą w parze.
12.08.2013 - Brokuł
Po pierwszej łyżeczce skrzywiła się, ale chętnie spróbowała po raz drugi, trzeci. Kolejne zetknięcie ze smakiem było już całkiem pozytywne.
17.08.2013 - Jabłko
Mus z gotowanych papierówek w pierwszym kontakcie nie zasmakował, pewnie ze względu na kwaśny smak. Jednak przekonała się do niego po kolejnych łyżeczkach. Pod koniec pomagała sobie nawet palcami.
18.08.2013 - Morele
Mus z gotowanych moreli. Mus wyszedł mi kwaśny i cierpki i o dziwo został zaakceptowany.
19.08.2013 - Awokado
W naszych rodzimych publikacjach awokado wprowadza się w późniejszym czasie, jednak po lekturze brytyjskiej książki o karmieniu małych dzieci postanowiłam wprowadzić je wcześniej. Dlaczego? Ze względu na drogocenne nienasycone kwasy tłuszczowe, kwas foliowy, przeszło 20 witamin, w tym witaminę C. Moje dziecko okazało się fanem tego specyficznego smaku.
20.08.2013 - Banan
Pierwsze łyżeczki smakowały, jednak słodki smak szybko się znudził.
21.08.2013 - Suszone śliwki
Przyszła pora na podregulowanie jakości kupy. Smak śliwek nie oszołomił, ale zjadła ze smakiem.
23.08.2013 - Świeże jabłko, banan
To połączenie okazało się świetnym pomysłem, dzięki temu banan nie był tak słodki.
24.08.2013 Świeże jabłko, marchew
Jabłko było winne, a marchew niezbyt słodka, więc stanowiło to raczej danie obiadowe, nie deser.
25.08.2013 - Dynia
Podobnie jak cukinia, delikatna dynia podpasowała smakiem.
26.08.2013 Dynia, jabłko
Jabłko ugotowałam do miękkości razem z dynią. Danie wyszło dość winne, ale delikatne w smaku.
28.08.2013 - Puree z zielonego groszku
Moje dziecko zaskakuje mnie jeśli chodzi o poznawanie smaków. Wszystko jej smakuje.
29.08.2013 - Ziemniaczek z cukinią
Połączenie tak smaczne, że na jeden raz zostały zjedzone dwie porcje.
30.08.2013 - Śliwki węgierki
Podane przez siateczkę do podawania pokarmów pojawiły się dość nieoczekiwanie w jadłospisie.
31.08.2013 - Ziemniak, dynia
Podawał tatuś, więc było więcej zabawy niż jedzenia, ale porcja zaliczona.
03.09.2013 - Kalafior
Obyło się bez niespodzianek, kalafior smakuje lepiej niż brokuł.
05.08.2013 - Marchew
Ku naszemu zaskoczeniu obyło się bez plucia, większego krzywienia. Marchew zaprawiłam mlekiem modyfikowanym, którym dokarmiam małą. Zdecydowanie smakowało! Przygotowania z naszej strony okazały się nie potrzebne - zwinęliśmy dywan, dziecko rozebraliśmy do golasa, a leżaczek zabezpieczyliśmy podkładem.
09.08.2013 - Ziemniak
Trafiła mi się kleista odmiana, więc miałam problem z przygotowaniem. Po przetarciu zrobiła się z niego kluska. Również posmakowało.
10.08.2013 - Cukinia
Jak na razie to warzywny faworyt. Warzywa gotuję krótko w małej ilości wody w garnku z grubym dnem. Potem warzywa dochodzą w parze.
12.08.2013 - Brokuł
Po pierwszej łyżeczce skrzywiła się, ale chętnie spróbowała po raz drugi, trzeci. Kolejne zetknięcie ze smakiem było już całkiem pozytywne.
17.08.2013 - Jabłko
Mus z gotowanych papierówek w pierwszym kontakcie nie zasmakował, pewnie ze względu na kwaśny smak. Jednak przekonała się do niego po kolejnych łyżeczkach. Pod koniec pomagała sobie nawet palcami.
18.08.2013 - Morele
Mus z gotowanych moreli. Mus wyszedł mi kwaśny i cierpki i o dziwo został zaakceptowany.
19.08.2013 - Awokado
W naszych rodzimych publikacjach awokado wprowadza się w późniejszym czasie, jednak po lekturze brytyjskiej książki o karmieniu małych dzieci postanowiłam wprowadzić je wcześniej. Dlaczego? Ze względu na drogocenne nienasycone kwasy tłuszczowe, kwas foliowy, przeszło 20 witamin, w tym witaminę C. Moje dziecko okazało się fanem tego specyficznego smaku.
20.08.2013 - Banan
Pierwsze łyżeczki smakowały, jednak słodki smak szybko się znudził.
21.08.2013 - Suszone śliwki
Przyszła pora na podregulowanie jakości kupy. Smak śliwek nie oszołomił, ale zjadła ze smakiem.
23.08.2013 - Świeże jabłko, banan
To połączenie okazało się świetnym pomysłem, dzięki temu banan nie był tak słodki.
24.08.2013 Świeże jabłko, marchew
Jabłko było winne, a marchew niezbyt słodka, więc stanowiło to raczej danie obiadowe, nie deser.
25.08.2013 - Dynia
Podobnie jak cukinia, delikatna dynia podpasowała smakiem.
26.08.2013 Dynia, jabłko
Jabłko ugotowałam do miękkości razem z dynią. Danie wyszło dość winne, ale delikatne w smaku.
28.08.2013 - Puree z zielonego groszku
Moje dziecko zaskakuje mnie jeśli chodzi o poznawanie smaków. Wszystko jej smakuje.
29.08.2013 - Ziemniaczek z cukinią
Połączenie tak smaczne, że na jeden raz zostały zjedzone dwie porcje.
30.08.2013 - Śliwki węgierki
Podane przez siateczkę do podawania pokarmów pojawiły się dość nieoczekiwanie w jadłospisie.
31.08.2013 - Ziemniak, dynia
Podawał tatuś, więc było więcej zabawy niż jedzenia, ale porcja zaliczona.
03.09.2013 - Kalafior
Obyło się bez niespodzianek, kalafior smakuje lepiej niż brokuł.
Tipi
Chodzi za mną żeby uszyć córce tipi. Choć myślę, że jeszcze go niedoceni. Jednak w późniejszym terminie, kiedy wróce do pracy może mi zwyczajne zabraknąć czasu. Szperam, więc po sieci w poszukiwaniu tutoriali i tanich materiałów. Gdyby ktoś o takowych słyszał, będę wdzięczna za informację. Dlatego dziś krótko, bo dziecko zaraz wstanie z dżemki, a ja mam misję.
Dodatkowo podzielę się z Wami niedawno odkrytym przepisem dla mojej córki, dzięki któremu na nowo polubiła żółtko.
Omlet na słodko*
2 żółtka
2 łyżki wody źródlanej
Pół jabłka
Dobry olej do smażenia
Jabłko kroimy w drobne kawałki i podsmażamy na maleńkiej patelni, na niewielkiej ilości oleju. Żółtka rozbijamy z wodą. Kiedy jabłka zmiękną, wylewamy na patelnię żółtka, smażymy z obu stron. Kroimy na paski, studzimy i podajemy do samodzielnej konsumpcji.
*przepis pochodzi z książki "Najlepsze na świecie domowe jedzenie dla dzieci"
Dodatkowo podzielę się z Wami niedawno odkrytym przepisem dla mojej córki, dzięki któremu na nowo polubiła żółtko.
Omlet na słodko*
2 żółtka
2 łyżki wody źródlanej
Pół jabłka
Dobry olej do smażenia
Jabłko kroimy w drobne kawałki i podsmażamy na maleńkiej patelni, na niewielkiej ilości oleju. Żółtka rozbijamy z wodą. Kiedy jabłka zmiękną, wylewamy na patelnię żółtka, smażymy z obu stron. Kroimy na paski, studzimy i podajemy do samodzielnej konsumpcji.
*przepis pochodzi z książki "Najlepsze na świecie domowe jedzenie dla dzieci"
poniedziałek, 3 lutego 2014
Po dłuuugiej przerwie - 10 miesięcy za nami
W życiu codziennym mam podobnie... Porywam się na wielkie czyny, a potem przytłacza mnie czas, proza życia, kolejne cele i nie udaje się osiągnąć poprzednich. Toteż blog podupadł dość mocno... Z jesieni zrobiła się zima, z półroczniaka - 10-cio miesięczniak. Wtedy niemowlak ledwo siedzący, dziś raczkujący z prędkością światła, biegający przy meblach szkrab. Psoci za dwóch, bałagani, a ja mieszkam na placu zabaw.
Minęły pierwsze Święta, pierwsza choinka, prezenty, a wcześniej Mikołaj. Śnieg nas nie zaszczycił jeszcze w takiej ilości by wybrać się na sanki, ale czekamy. I wierzymy, że spadnie i u nas.
Spacerów nie odmawiamy sobie i jesteśmy jedynymi spacerowiczami. Mamy z wózkami czekają na wiosnę. A my się dotleniamy, hartujemy.
Ja "zachorowałam" na maszynę do szycia... Kupiłam i szyję zabawki dla dziecka - kostki edukacyjne, przytulaki, a ostatnio filcowe warzywa magnesy na lodówkę, które cieszą nie tylko Małą, ale i koty - kto pierwszy ten lepszy. I to jak się domyślacie kradnie mój czas... Kradnie go znowu kosztem bloga. Ale koniec z tłumaczeniem się i czas się zabrać do roboty :)
10 miesięcy, 10kg, 76cm. Szybka, precyzyjna, stała się postrachem kotów. Stoi bez trzymanki, chodzi za pchaczem. Zębów brak ;)
Minęły pierwsze Święta, pierwsza choinka, prezenty, a wcześniej Mikołaj. Śnieg nas nie zaszczycił jeszcze w takiej ilości by wybrać się na sanki, ale czekamy. I wierzymy, że spadnie i u nas.
Spacerów nie odmawiamy sobie i jesteśmy jedynymi spacerowiczami. Mamy z wózkami czekają na wiosnę. A my się dotleniamy, hartujemy.
Ja "zachorowałam" na maszynę do szycia... Kupiłam i szyję zabawki dla dziecka - kostki edukacyjne, przytulaki, a ostatnio filcowe warzywa magnesy na lodówkę, które cieszą nie tylko Małą, ale i koty - kto pierwszy ten lepszy. I to jak się domyślacie kradnie mój czas... Kradnie go znowu kosztem bloga. Ale koniec z tłumaczeniem się i czas się zabrać do roboty :)
10 miesięcy, 10kg, 76cm. Szybka, precyzyjna, stała się postrachem kotów. Stoi bez trzymanki, chodzi za pchaczem. Zębów brak ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





































